Afganistan (4) autostop (24) birma (11) buddyzm (7) chiny (3) duchowa turystyka (3) dziennik seulski (32) Etiopia (5) etyka (12) festiwal (6) Indie (5) islam (7) Jeolla (9) Jeonju (9) Kim Dzong Un (6) kino (12) Korea Beyond K-pop (44) kuchnia koreańska (10) Mali (6) Manila (3) muzyka (3) narkotyki (5) opuszczone miejsca (14) Park Chung-hee (4) Park Geun-hye (6) podcast (4) podróż (13) Polska (7) Prawosławie (4) protest (4) recenzja (10) religie (4) Seul (7) slajdowisko (6) Somaliland (4) substancje psychoaktywne (4) szamanizm (4) tanie podróżowanie (23) Timbuktu (4) Tuaregowie (4) Turcja (3) Wietnam (3) wiza (3) wydarzenie (7) wywiad (22)

8 godzin transu? Jak naprawdę wygląda szamanistyczny rytuał kut (굿)?

Fot. RH

Tydzień temu pisałem o unikatowym Muzeum Szmanizmu. Dziś opowiem o tym, jak wygląda pełny koreański rytuał szamański – tak zwany kut (굿). Zdarzało mi się już obserwować szamanistyczne rytuały na mniejszą skalę przy skałach Inwangsan (w tym raz z turystami). Nie mogą być one żadnego porównania z wielogodzinnym festiwalem, którego byłem świadkiem 23 października.

Wielki rytuał szamański

Trudność z zobaczeniem kut w dzisiejszych czasach wynika z tego, że obrzędy te przeniosły się niemal całkowicie do sfery prywatnej. Jeszcze do lat 70. XX wieku szamanistyczne wystąpienia miały charakter otwarty. Praktycznie każda wioska miała swojego szamana, a na rytuały zaproszony był każdy. Zmieniło się to jednak w wyniku lat prześladowań „zabobonów”, postępującej urbanizacji oraz upowszechnienia chrześcijaństwa.

Rytuał, na który dotarłem, jest jednym z nielicznych publicznych „wielkich” obrzędów (대동굿). Kilkanaście szamanek i kilku szamanów w ceremonialnych szatach od rana do wieczora (od 9:00 do 17:00!) odprawia serię rytuałów w intencji pomyślności i pokoju dla całej społeczności oraz narodu. Wydarzenie odbywa się w niesamowitym miejscu. Geumseongdang (금성당) jest powszechnie uznawane za jedyny w Korei tradycyjny chram szamański z epoki Joseon zachowany w tak nienaruszonym stanie. Pawilon znajduje się w Eunpyeong, północno-wchodniej dzielnicy Seula, znanej z nowoczesnej wioski hanoków.

W tłumie znalazło się zaledwie kilku obcokrajowców w tym kompozytorka z Szwajcarii przygotowująca operę łączącą tradycyjną muzykę koreańską z zachodnią (!), pewien nauczyciel angielskiego, znany badacz koreańskiej duchowości prof. David A.Mason oraz specjalitka od historii misjonarek w Korei, Dr. Kyrie Vermette, z którą jestem na tym samym stypendium w Seulskim Uniwersytecie. Najwięcej jednak wśród obecnych było innych koreańskich szamanów i szamanek, co wprost wychodziło z zasłyszanych rozmów.

Wir emocji i wrażeń

Tym, co uderzyło mnie na samym początku, było bogactwo ołtarza, na którym znalazły się m.in. owoce, ciastka, orzechy, ryby i morze kwiatów. Słodkie zapachy mieszały się z ostrą wonią surowego mięsa – przy ołtarzu złożono w ofierze całego wołu! Druga charakterystyczna kwestia to akompaniament bębnów i piszczałek. To co hałaśliwe, po pewnym czasie stało się w pewien sposób kojące, wręcz hipnotyzujące.

Najbardziej zaskoczył mnie jednak ludyczny i wspólnotowy charakter całego wydarzenia. Popkultura przyzwyczaiła nas do tego, że koreański szamanizm jest czymś mrocznym (oglądaliście „Exhumę”?). Fakt, złożono ofiary ze zwierząt. Nabijanie wielkich, martwych wieprzy na metalowy trójząb było czymś szokującym. Dominowała jednak radosna atmosfera, a szamani, rozmawiając z publiką, nierzadko wywoływali serdeczny śmiech.

Dla przykładu, w pewnym momencie główna szamanka przewodząca rytuałom (jumu), Kim Gyu-ri, stanęła na glinianym garnku i zakrzyknęła: „Ważę ponad 90 kg, gdyby nie duchy, już dawno leżałabym na ziemi!”. W trakcie obrzędów szamani wróżyli też uczestnikom. Przypominało mi to tradycyjny koreański teatr, gdzie granica między obserwatorem a uczestnikiem często ulega zatarciu.

Często używane w kontekście koreańskiego szamanizmu słowo „trans” wydaje się tu niedokładną generalizacją. Podczas kut szamani nie „odlatują”, choć raczej doświadczają odmiennych stanów świadomości (choć i ten temat wymagałby osobnego wpisu). Jak podkreślano, przewodząca ceremoniom Kim Gyu-ri ma personalny kontakt z bóstwem (신) od wczesnej młodości. Nie było żadnych wątpliwości, że wydarzenie ma charakter sakralny, a jego głównym celem jest pozyskanie łaski ducha Wielkiego Księcia Geumseonga (금성대군) – brata króla Sejonga Wielkiego, brutalnie zamordowanego w XV wieku z rozkazu króla Sejo.

Postać Kim Gyu-ri z pewnością pozostanie w mojej pamięci na długo. Nie była ona wyłącznie medium, ale charyzmatyczną performerką, świetnym muzykiem i mistrzynią spontaniczności. Cały kut był wydarzeniem niesamowicie gęstym emocjonalnie i znaczeniowo. Trudno jest mi nawet wybrać, to co najistotniejsze! Można by pisać wiele więcej, ale dam przemówić obrazom. Film pozostawię na wykłady i specjalne spotkania.

Ps. Podziękowania należą się prof. Liorze Sarfati dzięki, której dowiedziałem się o wydarzeniu. Mogę tylko polecić z całego serca jej książki i artykuły.

Fot. RH
Fot. RH

© 2010 – 2026 Wloczykij.org