Afganistan (4) autostop (24) birma (11) buddyzm (7) chiny (3) duchowa turystyka (3) dziennik seulski (31) Etiopia (5) etyka (12) festiwal (6) Indie (5) islam (7) Jeolla (9) Jeonju (9) Kim Dzong Un (6) kino (12) Korea Beyond K-pop (42) kraków (3) kuchnia koreańska (10) Mali (6) Manila (3) muzyka (3) narkotyki (5) opuszczone miejsca (14) Park Chung-hee (4) Park Geun-hye (6) podcast (4) podróż (13) Polska (7) Prawosławie (4) protest (4) recenzja (10) religie (4) Seul (7) slajdowisko (6) Somaliland (4) substancje psychoaktywne (4) tanie podróżowanie (23) Timbuktu (4) Tuaregowie (4) Turcja (3) Wietnam (3) wiza (3) wydarzenie (7) wywiad (22)

Korea – [Niefortunny] Przewodnik po Mitach [RECENZJA + tabela błędów]

Temat mitologii koreańskiej jest mi bardzo bliski, tak więc ucieszyłem się, otrzymując do recenzji książkę „Korea. Przewodnik po mitach, rytuałach i wędrówkach dusz” Heinz Insu Fenkl, profesora anglistyki i studiów azjatyckich na Uniwersytecie Stanowym Nowego Jorku i jego córki Bella Myŏng-wŏl Dalton-Fenkl. Przy tak dużym zainteresowaniu popkulturą koreańską książka poświęcona mitom jest niezwykle potrzebna, zwłaszcza że poprzednia, „Mitologia Korei” Haliny Ogarek-Czoi, pochodzi z 1988 roku. 

Niestety mój entuzjazm szybko ustąpił rozczarowaniu, które w dodatku zmieniło się w irytację.  Dawno nie czytałem książki, tak niechlujnie napisanej. Do jej głównych problemów należy spekulanctwo, selektywny dobór argumentów (tzw. cherry picking), esencjalizm kulturowy, uleganie mitom narodowym Korei, czy stosowanie przestarzałych metod religioznawstwa porównawczego. Co gorsza, książkę wypełnia znacząca ilość poważnych błędów faktograficznych (zob. listę poniżej) i językowych. To drugie szczególnie zaskakujące, biorąc pod uwagę, że autorzy ponoć mają doświadczenie, jako tłumacze z języka koreańskiego i chińskiego, ale po kolei…

Przede wszystkim autorzy wyraźnie minęli się z tematem. Oczywiście znajdziemy tu trochę legend i baśni, ale ich opisy są powierzchowne, a w treści widać ogromne luki. Zabrakło nie tylko pełnego kanonu pansori, ale co więcej, autorzy w ogóle o pansori, jako źródle nie wspominają (!). Jedne legendy przedstawiono bez zakończenia (tę o babci Seolmundae, zjedzonej przez własnych synów), inne w sposób zniekształcający ich treść (np. Opowieść o Chunhyang).

Co zatem wypełnia trzysta stron tekstu? M.in. wybiórcza historia incydentów pomiędzy Koreami, ciekawostki kulturowe typu „Czy Koreańczycy jedzą psy”, lista koreańskich filmów nagrodzonych w Cannes czy podrozdział o k-popie. To z pewnością jest jakiś przegląd wiedzy ogólnej o Korei, ale nie tego spodziewałem się po książce z serii „Mitologie Świata”.

Nie zrozumcie mnie źle – analiza popkultury z tropami mitycznymi jest jak najbardziej możliwa, co w swoich książkach regularnie udowadnia m.in. Marcin Napiórkowski. Tutaj jednak ewidentnie brakuje logicznego związku między tematami. Nawet angielski podtytuł „A Guide to Gods and Heroes” jest całkowicie „od czapy”. Nie ma tu poważnej analizy bohaterów koreańskiej historii, a patrząc na ramkę o Yi Sun-sinie, można wręcz „pochwalić” autorów za bezmyślne dokładanie cegiełek do mitologizowania przeszłości. Bzdura o niezwykłej sile fizycznej admirała wywodzi się wprost z wojskowej propagandy reżimu Park Chung-hee. Tego typu mitologizowania historii jest tu zresztą znacznie więcej. Dawno nie czytałem tak niedorzecznego i oderwanego od realiów rozdziału o Korei Północnej. Problemy „Przewodnika po mitach…” niestety nie kończą się na faktograficznych potknięciach, a sięgają samej struktury.

Chaos reigns, czyli skąd te problemy?

Książka, choć napisana w popularnonaukowym stylu, rozpoczyna się w sposób typowo akademicki. Skoro tematem przewodnim mają być mity, autorzy podejmują próbę ich zdefiniowania. Problem w tym, że pomimo poświęcenia tej kwestii sporo miejsca, w dalszej części pracy zupełnie nie stosują się do własnych kryteriów. Pojęcia mitu używają zamiennie z legendą, mimo że – według ich własnych słów – ta druga różni się od mitu tym, iż „opowiada o prawdziwych postaciach historycznych” (s. 28).Gdy przyjrzymy się treści bliżej, okazuje się, że większość prezentowanych utworów to w rzeczywistości ludowe baśnie (mindam, 민담) oraz tradycyjne bajki dla dzieci (jeonrae donghwa, 전래동화). Te kluczowe kategorie zostały jednak we wstępie całkowicie pominięte.

Muszę przyznać, że element religijny w książce był dla mnie szczególnie nużący – taka cena wykształcenia. Praca powiela wiele problematycznych kategorii, mających źródła w podstarzałych pracach Mircei Eliadego. Wyrazem tego anachronizmu jest już pierwszy rozdział, arbitralnie poświęcony „kosmogoniom i mitom stworzycielskim”. Stoi za tym głęboko zakorzeniony chrześcijański paradygmat, polegający na przeświadczeniu, że mit założycielski wszechświata musi stać w centrum każdej kultury. Otóż w Korei tak nie jest. Przedstawione przez autorów przykłady to albo szamanistyczne pieśni regionalne, które nigdy nie pełniły centralnej roli, albo humorystyczne bajki ludowe. To jeden z wielu przykładów na sztuczne dobieranie faktów pod z góry założoną tezę.

Co równie irytujące, autorzy konsekwentnie projektują zachodni, ekskluzywistyczny model religijności na realia Korei, postrzegając buddyzm, konfucjanizm i taoizm jako „religie” o jasnych granicach. W innych miejscach, zwłaszcza tych dotyczących XX wieku, piszą nagle o wyjątkowym zamiłowaniu Koreańczyków do synkretyzmu. Zarówno „religia”, jak i „synkretyzm”, to kategorie silnie europejskie, które bez kontekstualizacji, wprowadzają raczej chaos niż ład do dyskusji. Czym niby ta koreańska elastyczność ma się różnić od płynnego łączenia i wykluczania praktyk, które antropologia obserwuje w historii każdej tradycji duchowej na tej planecie?

Dlaczego nie polecam?

Zasadniczo, podczas lektury nie odstępowało mnie uczucie, że książkę popełniono „na szybko” i bez większej refleksji. Oczywiście, być może ktoś uzna, że to, co do tej pory napisałem, to czepialstwo badacza. Ostatecznie to tylko „przewodnik”, który ma dać czytelnikom „rozeznanie” w Korei. Książka jednak posiada również ogromną ilość półprawd, przeinaczeń i błędów faktograficznych – z 50 najbardziej rażącymi można zapoznać się w poniższej tabeli. To poważne przeinaczenia. Nie czepiam się literówek czy roku różnicy. Mamy tu rozbieżności sięgające wieków, lub całkowicie błędne charakterystyki zjawisk. Fanom Korei powinien się włos zjeżyć na głowach. Dodam również, że nie powielam tu komentarzy, które zamieściła w przypisach tłumaczka książki. W dodatku pierwszy raz widzę, tak jawną polemikę tłumacza z autorem – dla Pani Dominiki Chybowskiej-Jang należą się brawa, bo ewidentnie zauważyła, że praca ma spore braki warsztatowe.

Mam nadzieję, że przynajmniej część moich uwag zostanie wykorzystana przez wydawnictwo przy ewentualnym dodruku. Warto podjąć ten trud, ponieważ od strony wizualnej publikacja prezentuje się świetnie, ma fajne grafiki i sporo ciekawych zdjęć. Niestety, ocenianie „po okładce” działa w dwie strony. Na ten moment nie mogę jej polecić, a wręcz odradzam lekturę.

Lista 50 błędów

1. „2333-108 p.n.e. Starożytna Korea Gojoson”. (s. 9).Idea daty 2333 p.n.e., jako „punktu zero” koreańskiej historii ma źródła w XX wieku i związana, jest tyleż z ruchem narodowym, co religijnym kultem Tanguna (mit ten po raz pierwszy wzmiankowany jest dopiero w XIII wieku). Wpisując tę datę w kalendarium wydarzeń bez adnotacji, utrwalamy pseudohistoryczną wizję „5000 lat” koreańskiej historii. Narodziny pierwszego scentralizowanego królestwa na Półwyspie datuje się dziś zazwyczaj na IV – III wiek p.n.e.
2. „Łączą je [Koree przyp. RH] bogate dziedzictwo kulturowe liczące sobie blisko pięciu tysięcy lat”. (s. 16).Dziedzictwo jest bogate, ale narracja o „pięciu tysiącach lat” to czysty mit polityczny.
3. „Mimo powrotu demokracji w latach dziewięćdziesiątych…” (s. 17).Pierwsze wolne wybory odbyły się w 1987 roku. Tak, wygrał je przedstawiciel starego systemu, jednak były to pierwsze bezpośrednie i wolne wybory prezydenckie, które zapoczątkowały współczesną Szóstą Republikę. Frekwencja wyniosła 89%.
4. „Od momentu jednak gdy w dwunastym wieku powstało Joseon”. (s. 20).Joseon powstało w czternastym wieku.
5. „Hangul został wprowadzony w 1443 roku”. (s. 22).Hangul został wprowadzony do obiegu publicznego wraz z publikacją Hunminjeongeom (훈민정음, „Właściwe dźwięki do nauczania ludu”) w 1446 roku.
6. „Hangul został zakazany ponownie w 1910 roku, kiedy kraj znalazł się pod okupacją japońską”. (s. 26).Japończycy nie zakazali hangul w 1910 roku, a wręcz zlecili spisanie oficjalnych zasad ortografii pisma. Język koreański zniknął ze szkół dopiero w 1938 roku, a bezwzględny zakaz używania hangul w przestrzeni publicznej wszedł w życie w 1941 roku.
7. Szamanizm to rdzenna praktyka na terenie Korei, będąca nieodłączną częścią kultury tego narodu już od czasów neolitu (8000 p.n.e.-1400 p.n.e.). (p.33).Kuriozalne zdanie, które zakłada istnienie, jakiejś szamanistycznej esencji od 10 tysięcy lat, a w dodatku łączy ją z narodem (sic!). W dodatku autorzy wielokrotnie mylą szamanizm z animizmem. Na wiarę animistyczną czy totemistyczną w okresie neolitu na Półwyspie istnieją archeologiczne dowody. Kwestia szamanizmu jest problematyczna i nawet koreańscy badacze wolą mówić o „praktykach proto-religijnych” (원시 종교 행위).
8. „W Korei nie ma zbyt wielu świątyń taoistycznych”. (s. 34).W Korei nie ma dziś ani jednej aktywnej świątyni taoistycznej.
9. „Konfucjanizm dotarł do Korei z Chin pod koniec XIII wieku…” (s. 34).Konfucjańskie nauki zaczęły docierać na Półwysep ok. I wieku p.n.e. Pierwsza akademia konfucjańska Taehak (태학) powstała już w IV wieku.
10. „Buddyzm przybył do Korei w IX wieku…”. (s. 35).Buddyzm dotarł na Półwysep Koreański już w IV wieku n.e.
11. „Największą popularnością cieszą się szkoły jogye oraz seon (zen)”. (s. 36).Nieporozumienie. Jogye to konkretna instytucja, a seon to tradycja medytacyjna. To tak, jakby ktoś napisał: „W Polsce największą popularnością cieszy się Kościół Katolicki oraz modlitwa maryjna”. Dodatkowo Jogye to nazwa własna instytucji, więc piszemy ją dużą litery.
12. „Choć w XX wieku Kościół rzymskokatolicki stracił na popularności”. (s. 36)Kościół katolicki ogromnie zyskał na popularności w drugiej połowie XX wieku. W 1962 roku katolicy stanowili zaledwie 2.2% populacji Republiki Korei, dziś aż 11%!
13. „Religia ta [protestantyzm przyp. RH] rozwinęła się bowiem w niesamowitym tempie, stając się znaczącą siłą polityczną po demokratyzacji, która nastąpiła w latach dziewięćdziesiątych”. (s. 36)Protestantyzm stał się potężną siłą polityczną już w pierwszym okresie Republiki za sprawą prezydenta Syngmana Rhee. Rhee, będący żarliwym metodystą, faworyzował chrześcijan, z którymi dzieli antykomunistyczne poglądy – już pierwsze posiedzenie Zgromadzenia Narodowego rozpoczęło się od modlitwy przeprowadzonej przez posła-pastora. W efekcie, choć chrześcijanie stanowili ok. 5% w skali całego społeczeństwa, ich nadreprezentację widać było na każdym szczeblu władzy. Ucieczka Rhee nie zatrzymała trendu. Chrześcijaństwo największy wzrost odnotowało w okresie dyktatury wojskowej.
14. „Wspomniane bóstwa [Budda Siakjamuni i Maitreja przyp. RH] wywodzą się z tradycji mahajana”. (s. 42) Obaj Buddowie uznawani są przez wszystkie główne tradycje buddyjskie.
15. „Narracja [Cheonjiwang bonpuri przyp. RH] skupia się na niebiańskiej rodzinie, bez konieczności wprowadzania postaci zapożyczonych z obcej religii, co sugeruje większą zgodność z pierwotnym koreańskim szamanizmem”. (s. 51)To kolejny przykład na wiarę autorów w jakiś „zamrożony w czasie” szamanizm. Współczesny musok jest produktem wieków koegzystencji z buddyzmem, konfucjanizmem i taoizmem i sam brak zapożyczonych imion w Cheonjiwang bonpuri (천지왕본풀이) wcale nie oznacza, że tekst zachowuje, jakąś „pierwotność”. Wpływ innych tradycji widać zresztą w opisach biurokracji niebiańskiej, typowej dla buddyzmu i taoizmu.
16. „Posągi dol hareubang (…) najpewniej miały jakieś znaczenie w szamanizmie”. (s. 53)Słynne „dziadeczki” z Jeju nie mają nic z szamanizmem wspólnego. Powstały z inicjatywy państwowych urzędników konfucjańskich w okresie późnego Joseon.
17. „Kim Busik był co prawda wyznawcą buddyzmu, ale spisał kroniki w sposób podkreślający i idealizujący cnoty konfucjańskie” (s. 58)Jeden z wielu przykładów projektowania ekskluzywizmu religijnego na starożytną Koreę. Bycie buddystą i jednoczesne wyznawanie wartości konfucjańskich w Królestwie Goryeo było absolutną normą elit intelektualnych.
18. „Co ciekawe, w części najważniejszych tekstów powołuje się [Iryeon przyp. RH] na zaginione chińskie źródła, takie jak Wei-shu (Kroniki dynastii Wei), czy Dangun gogi (Starożytne kroniki Danguna), co pokazuj, że opisywana przez niego historia Korei była już znana poza Półwyspem Koreańskim”. (s. 58)Dangun gogi jest zaginionym źródłem koreańskim, nie chińskim. Nawet jeżeli zignorujemy tę część wypowiedzi, to argument i tak się sypie: w zachowanej do dziś chińskiej kronice Wei-shu (魏書 – historii Północnej Dynastii Wei) nie ma ani słowa o Tangunie. W ogóle nie ma nic na jego temat w chińskich źródłach.
19. „W przeszłości mężczyźni zamieszkujący wyspę [Jeju przyp. RH] trudnili się rolnictwem i rybołówstwem, kobietom zaś przypadło w udziale nurkowanie po morskie skarby”. (s. 72)Fenomen haenyeo nie jest specjalnie odwieczny. Pojawił się w XVII wieku nie z powodu emancypacji, ale opresyjnej polityki podatkowej Królestwa Joseon.
20. „Społeczność haenyeo to coś wyjątkowego: w kulturze zdominowanej przez wartości konfucjańskie udało im się utrzymać system matriarchalny” (s. 74)Matriarchat to system polityczno-społeczny, w którym władza formalna i kontrola nad prawem spoczywają w rękach kobiet. Po pierwsze, na Jeju nigdy czegoś takiego nie było, a w dodatku wyspie, jako części królestwa Joseon, narzucono zasady bezwzględnego patriarchatu. Po drugie, zdanie to sugeruje, że haenyeo istniały przed Joseon i oparły się opresji. Tymczasem ich pojawienia się wprost wynikało z potwornych podatków, które zmusiły kobiety do podjęcia pracy wcześniej zarezerwowanej dla mężczyzn. Sukces na tym polu (dlaczego? O tym autorzy też nie piszą) dał kobietom większą niezależność ekonomiczną, jednak system rodzinny pozostał patrylinearny, a kobiety nie mogły piastować żadnych urzędów.
21. „W koreańskiej tradycji to kobiety rodziły się szamankami, chociaż na wyspie Jeju zdarza się, że funkcję tę pełnią również mężczyźni” (p. 85)Nieprecyzyjne zdanie, bo nikt nie rodzi się „gotowym” szamanem. Nawet będący w mniejszości szamani dziedziczni (세습무) przechodzą trudny proces edukacji. Przede wszystkim, choć obecnie faktycznie zawód ten jest silnie sfeminizowany, mężczyźni-szamani nazywani baksu (박수) zawsze istnieli i istnieją do dziś. Kobiety zdominowały zawód szamana stosunkowo późno, prawdopodobnie w późnym Joseon.
22. „Dla przedstawicieli uciśnionych grup, takich jak kobiety, osoby transpłciowe i mniejszości seksualne, szamanizm od dawna stanowi sposób na wyrażanie siebie i okazywanie wsparcia swoim społecznościom”. (s. 86)Mieszanie pojęć i anachronizm. Fakt, że męscy szamani od stuleci zakładali kobiece suknie podczas rytuałów, nie ma nic wspólnego ze współczesnym rozumieniem transpłciowości. Przypomnijmy, że wiele szamanek przebiera się podczas rytuałów za generałów! Rytuał gut to technologia na kontrolowanie duchów, nie sposób na wyrażanie swojej tożsamości seksualnej. To zresztą częsty i atrakcyjnie brzmiący argument, niestety całkowicie ignorujący logikę rytuału i koreański kontekst. Wynika z braku świadomości konserwatyzmu większości szamanów, jak i dystansu samej koreańskiej społeczność LGBT+ do zjawiska (choć istnieją wyjątki, to jest to efekt zmian w XX wieku).
23. „Według teorii wysnuwanych przez niektórych uczonych zmiana płci Gwanseeum po przybyciu do Korei mogła wynikać z błędnego utożsamienia tej postaci z chrześcijańską Maryją, gdyż obie kojarzone są z miłosierdziem i morzem”. (119)Feminizacja Gwanseeum nastąpiła w Chinach, nie w Korei. Koreańczycy używali wizerunku kobiecego Gwanseeum przez setki lat, zanim w ogóle usłyszeli o istnieniu Maryi. W dodatku to założenie jest okrutnie europocentryczne.
24. „Nie przyjął się on [konfucjanizm przyp. RH] szerzej aż do końca XIV wieku, gdy nadeszła dynastia Joseon” (s. 119)Absurd. Od czasów Epoki Trzech Królestw konfucjanizm był głównym narzędziem administracyjnym i prawnym koreańskich królestw.
25. „W Korei zakłada się odgórnie, że wszyscy Koreańczycy będą brać udział w konfucjańskich obrzędach”. (s. 125)Nie zakłada się. Co więcej, rytuały te są odrzucane tak przez środowiska protestanckie, jak i feministyczne.
26. „Większość Koreańczyków ma tę ideologię [konfucjanizm przyp. RH] zakodowaną od urodzenia, chociaż mogą się nie zgadzać z jej poszczególnymi założeniami”. (s. 126)Dobry przykład na esencjalizm kulturowy. Zakładam, że autorzy rzadko przebywają z koreańską młodzieżą (zwłaszcza Koreankami), bo gdyby studentom w Seulu zakomunikować, że mają konfucjanizm w genach, to najprawdopodobniej by nas wyśmiali i nazwali kkondae (꼰대) – czyli starym zgredem.
27. „Dowody archeologiczne sugerują, że chrześcijaństwo mogło zawitać na terenach Korei w formie nestoriańskiej nawet w XI wieku” (s. 128)Tak wczesna obecność chrześcijan to mit propagowany jedynie… przez środowiska chrześcijańskie. Główny nurt nauki całkowicie te rewelacje odrzuca.
28. „Koreańczycy byli już zaznajomieni z mistycznymi aspektami szamanizmu, zatem wspólnoty chrześcijańskie i ich charyzmatyczni przywódcy mogli z łatwością wplatać elementy rdzennych tradycji do nowej religii, co uczyniło Kościół ewangelicki niezwykle potężną siłą”. (s. 130)Gdyby pierwsi misjonarze przeczytali, że w swoje praktyki „wplatali szamanizm”, przewróciliby się w grobach. Oczywiście, można szukać ostrożnie pewnych zbieżności, ale wskazywanie podobieństw z szamanizmem, jako główny powód sukcesu chrześcijaństwa w Korei to nieporozumienie.
29. „W XX wieku działania japońskie rządu okupacyjnego doprowadziły do egzekucji wielu misjonarzy” (s. 131)W latach 1910-1945 ani jeden misjonarz nie został w Korei stracony.
30. „Siły wroga [Francji przyp. RH] planowały wkroczyć do Seulu i zniszczyć go tak samo, jak Anglicy zrobili z Kapitolem podczas wojny brytyjsko-amerykańskiej w 1812 roku” (s. 133)Nacjonalistyczna fantazja. Celem Francuzów nigdy nie był podbój stolicy, ale „misja karna” – zastraszenie i wybadanie wroga. Plus rabunek, którego dokonali.
31. „W odwecie Amerykanie w 1871 roku najechali wyspę Ganghwa (…) Tym razem również polegli…” (s. 133)Nacjonalistyczna fantazja. Straty Amerykanów w tej kampanii wyniosły… 3 żołnierzy. Tak, jak w przypadku Francuzów, po zniszczeniu fortów i zabiciu obrońców i nie doczekawszy się pertraktacji z rządem Joseon, Amerykanie wycofali się.
32. „Naturalnym następstwem [dla Ruchu Donghak przyp. RH] było więc utworzenie synkretycznej, rdzennej religii zwanej cheondogyo”. (s. 137)Cheondogyo powstało w 1905 roku, 41 lat po śmierci Choe Je-u.
33. „Czondoizm zakłada współzależność człowieka i świata przyrody, propaguje również świadome dbanie o środowisko (podobnie jak protestantyzm). To podejście wyprzedza współczesne ruchy ekologiczne, ukazując tym samym, jak nowatorskie okazują się założenia tej religii.” (s. 138)Cheondogyo, jako prekursorzy ekologii? Protestantyzm, jako przedmurze walki o środowisko? Co tu się podziało?
34. W czondoizmie termin ten [Haneulnim] odnosi się do boskiego aspektu skrywającego się w każdym z nas – co na swój sposób nawiązuje do katolickiego Ducha Świętego czy „pierwotnej natury” spotykanej w buddyzmie. (s. 138)A cóż to za New Age? Przecież to są trzy różne idee.
35. „Morfem mugung [od narodowego kwaitu Korei czyli ketmi syryjskiej o nazwie mugunghwa przyp. RH] może oznaczać „wieczność” lub „nieskończoność”, przy czym w brzmieniu przypomina „bezgraniczną pustkę” znaną z taiozmu”. (s. 175)To jeden z wielu oderwanych od rzeczywistości przykładów akrobacji semantycznych uprawianych przez autorów (nie mam siły omawiać tu wszystkich). Co gorsza, dla osób nieznających koreańskiego, tego typu rozważania mogą brzmieć logicznie. Jednakże, to, że istnieje zbieżność pomiędzy słowem na taoistyczną pustkę „MUgeuk” (무극) a słowem na „wieczność” czyli MUgung (무궁), nie oznacza żadnych związków przyczynowo skutkowych między nimi. Tak jak roślinę „NIEcierpek” nie łączy wiele z „NIEpodległością”). Nazwa kwiatu jest ludowa i najwyraźniej wskazuje na obfitość kwitnięcia (mugunghwa = kwiat, który kwitnie bez końca).
36. „Królicza wątroba”. (s. 185)Dzieło to nazywa się Sugungga (수궁가) czyli „Pieśń o Morskim Pałacu” i należy do klasyki pansori. Ewentualnie w wersji bajki dla dzieci funkcjonuje, jako Tokki-jeon (Opowieść o króliku), nigdy, jako „Królicza wątroba”.
37. „Znaki chińskie, którymi zapisywane jest pojęcie juche, można odczytywać jako „ciało wyższe” czy też „ciało sprawujące władzę”, co pozwala podejrzewać, że Kim zdecydował się na ten konkretny termin z myślą o narodzie tworzącym jedno integralne ciało zarządzające dalej własnym losem.” (s. 214)Brzmi, jakby Kim Il Sung stworzył termin juche. Tymczasem nic nie wybierał, ponieważ słowo juche było od dawna częścią leksykonu koreańskich komunistów. W dodatku nie należy tłumaczyć pojedynczych znaków z pominięciem ich faktycznego znaczenia idiomatycznego. Juche, jako termin przyszło z Japonii. Tam powstało, jako tłumaczenie słowa „podmiot” w kontekście filozofii Hegla. A że Marks był wielkim krytykiem Hegla… No i macie odpowiedź.
38. Znak 主 kojarzony w dużej mierze z władzą jest stosowany również przez chrześcijan w zwrocie Junim oznaczającym Pana Boga. (…) Pierwsza sylaba terminu juche zbiega się brzmieniowo z ostatnim członem prawdziwego imienia lidera, Kim Song Ju. Ten zapisywany jest znakiem 柱 – łączy on w sobie władcę z kluczem w postaci drzewa (木), nadając tym samym ideagramowi znaczenie „filaru”. Całkiem możliwe, że Kim celowo zdecydował się na użycie homofonu budzącego skojarzenie z jego własnym imieniem, budując tym samym kolejne połączeni między sobą i państwem. Być może nie jest to przypadek, że znak „drzewa” (木) przypomina nieco krzyż”. (s. 215)
Pomysł, że Kim Il Sung celowo wybrał słowo Juche (主體), bo pierwsza sylaba brzmi jak końcówka jego prawdziwego imienia Song Ju (성주 / 成柱), jest historycznie niedorzeczny. Kim porzucił swoje imię, będąc partyzantem i przyjął pseudonim, dlaczego więc nagle będąc u szczytu władzy, miał potajemnie zacząć nawiązywać do swojego starego imienia, o którym mało kto wiedział? I w dodatku zrobił to z powodu aluzji do… chrześcijaństwa? Przecież znak oraz dziesiątki innych znaków, które zawierają go w sobie, to absolutna baza ogromnej większości koreańskich imion.
39. „Według oficjalnej wersji północnokoreańskiego rządu, miał się urodzić [Kim il Sung przyp. RH] w drewnianej chacie na szczycie Pektu”Kim Il Sung urodził się w Mangyongdae pod Pjongjangiem. Bardzo podobnie wygląda dom rodzinny Park Chung-hee w Gumi nawiasem mówiąc.

39. „Wydarzenie to {narodziny Kim il Sunga przyp. RH] miało rzekomo zwiastować cudowne pojawienie się jasnej gwiazdy i podwójnej tęczy na niebie pełnym błyskawic”Kim Dzong Ila, a nie Kim Il Sunga!
40. „[Kim il Sung przyp. RH] w jednej z takich potyczek miał nawet skorzystać z chukjibeop, wyjątkowej zdolności zaginania przestrzeni, dzięki której teleportował się (…) Mówi się, że potrafił powalić drzewo jednym machnięciem swego potężnego miecza (co jest aluzją do Siddharthy, młodego Buddy), przekroczył też podobno rzekę, chodząc po samych liściach (nawiązanie do mnicha buddyjskiego Bodhidharmy)… itp” (s. 217)Rząd północnokoreański zawsze podkreślał, że te wszystkie teleporty itd. to „legendy” (전설) i do tego opowiadane przez naiwnych wrogów i ludzi nieznających komunizmu, którzy nie mogli się połapać, dlaczego Kim jest tak skuteczny. Brak takiego wytłumaczenia tworzy radykalnie fałszywy wizerunek Korei Północnej. W dodatku sugestie, że te wyobrażenia mają coś wspólnego z buddyjską tradycją to skrajna nadinterpretacja.
41. „Był bliskim przyjacielem Hana Soryi uważanego dziś – nawet na Południu – za jednego z najważniejszych pisarzy we współczesnej historii Korei”. (s. 217)Han Sorya faktycznie jest znany przez wąskie grono literaturoznawców w Korei Południowej, ale nie jako „mistrz” tylko twórca „patologii”. Mówienie, że jest jednym z „najważniejszych pisarzy” to kompletny brak wyczucia realiów literatury Korei Południowej. Nawiasem mówiąc, czytałem Szakale (승냥이) i na samą myśl o tych ksenofobicznych wypocinach robi mi się niedobrze.
42. „Charakteryzował go też rzekomo nadnaturalny metabolizm, przez co nigdy nie musiał korzystać z toalety”. (s. 222)Fake news. Propaganda KRLD nigdy nie mówiła, że Kim Dzong Il nie musi korzystać z toalety.
43. „Po ucieczce Choi i Shina Kim Dzong Il zakazał dalszego rozpowszechniania Pulgasari, potwór zdążył już jednak uciec w świat”. (s. 233)Korea Północna sprzedała prawa do dystrybucji filmu firmie powiązanej z Zainichi w Japonii w 1998 roku. Tak więc film nie „uciekł”. Nawiasem mówiąc, w Korei Północnej też był wyświetlany w kinach.
44. „Ku zaskoczeniu wielu zagranicznych analityków, oficjalny państwowy dziennik „Rodong Sinmun” (…) wyjaśnił, że [Kim Ir Sen przyp. RH] wcale nie potrafił zagiąć przestrzeni, by otoczyć wroga”. (s. 233-234) Północnokoreańska prasa podkreśla to od momentu, kiedy wprowadziła wątek „legend” o Kim Il Sungu. Co najmniej od lat 70tych. Autorzy nie wiedzą, o czym piszą.
45. „Jego wnuk [Kim Dzong Un] natomiast bywa fotografowany na białym koniu, co budzi skojarzenia z boskim królem Dongmyeongiem z dynastii Goguryeo, zwanym również jako książę Chumo, który według legendy dosiadał białego girin”. (s. 234)To już twarde narkotyki. W dodatku koń to nie girin.
46. „Różnicę można wyłapać po akcencie – dialekt północnokoreański brzmi dla sąsiadów szorstko, wręcz gardłowato”. (s. 247)Autorzy ścigają się w tej książce tanimi stereotypami. Oficjalny standard językowy północnokoreański brzmi dla mieszkańców Korei Południowej śpiewnie i archaicznie (choćby przez przetrwanie długich samogłosek), na pewno nie „gardłowato”.
47. „Nie powinno dziwić, że koncept han zdaje się być kulturowym dziedzictwem przekazywanym z pokolenia na pokolenie od zmierzchłych czasów”. (s. 279)Koncept han, w dzisiejszym rozumieniu upowszechnił się w okresie kolonialnym, co zresztą autorzy zauważają w ramce poświęconej zjawisku. To wygląda, jakby części książki powstały oddzielnie, bez konsultacji autorów ze sobą.
48. „An anonymus island Yi Mun-yola to historia opowiedziana z perspektywy młodej żony, która obnaża hipokryzję konfucjańskiej obsesji na punkcie czystej krwi”. (s. 303)Kolejny raz widać, że autorzy nie znają dzieł, które przywołują. To faktycznie klasyka, ale narratorką nie jest młoda żona, tylko niezamężna nauczycielka. Również nie ma czegoś takiego, jak „konfucjańska obsesja na punkcie czystej krwi” ponieważ konfucjanizm powstał przed upowszechnieniem się koncepcji ras. Opowiadanie w ogóle nie dotyczy problemu rasowego, więc nie wiem nawet, skąd ten błąd.
49. „Hymn Korei Północnej O poranku świeć zatytułowano od pierwszych słów utworu, co przywodzi na myśl dawny hymn Niemiec wschodnich” (s. 307)Oficjalny tytuł hymnu Korei Północnej to Aegukga (애국가), co oznacza po prostu „Pieśń Patriotyczną”. Hymn NRD rzeczywiście był oficjalnie zatytułowany od swoich pierwszych słów, ale hymn KRLD – nie. Szkoda, że autorzy nie zauważyli, że oba państwa koreańskie mają dokładnie tak samo zatytułowany hymn narodowy.
50. „Całość [pieśń Arirang przyp. RH] może być nawiązaniem do legendy o księżniczce Bari, genezy koreańskiego szamanizmu”Kolejny absurd językoznawczy: Ari to nie Bari. Imię księżniczki Bari pochodzi od czasownika 바리다 (barida, dziś beorida 버리다 – porzucić, wyrzucić) i nawiązuje do treści legendy o niej (została porzucona przez rodziców). Żadna z wiodących hipotez dotyczących Arirang nie wiąże jej z księżniczką Bari.


© 2010 – 2026 Wloczykij.org