
Fot. Roman Husarski
Modliłem się w duchu, by samochód się nie zatrzymywał. Gdyby coś się stało, stanąłbym na pokrytej śniegiem i lodem drodze. Szanse na ponowny start byłyby niewielkie. „W co ty się pchasz idioto?” – myślałem. Przecież nawet spotkani drwale, których pytałem o drogę, kręcili niepewnie głowami patrząc na mój samochód.
– Nie ma łańcuchów? Uuu! To tylko się Pan nie zatrzymuj – usłyszałem na pożegnanie. To i się nie zatrzymywałem. Wiedziałem, że nie jestem do końca przygotowany, ale co zrobić, gdy wizja opuszczonych łemkowskich wsi zimą nie dawała mi spokoju. Tym razem chciałem zwiedzić Czarne.
Jechałem od strony Zdyni przez piękną głuszę. W pewnym momencie GPS przestał działać i kierowałem się “na czuja” – tak jak zapamiętałem drogę na mapie. W końcu dojechałem do Radocyny. Dziś stoi tu zaledwie kilka domków letniskowych. Zostawiłem w pobliżu samochód i wyruszyłem do pobliskiego Czarne.
Kapliczki i krzyże ciągnął się wzdłuż drogi. Niektóre z nich są uszkodzone, a część płaskorzeźb na cokołach mocno wyblakła. Większość obiektów sakralnych ma niecałe sto lat, ale uwierzyłbym, jakby ktoś powiedział mi, że są pięć razy starsze.
Naprzeciw dużego cmentarza stoją pojedyncze drzwi. To część projektu mającą za zadanie wskrzesić pamięć o żyjących tu kiedyś ludziach, o Łemkach i ich przesiedleniach. Podobne drzwi są ustawione w sąsiednich opuszczonych wsiach. Z umieszczonej na wejściu tablicy informacyjnej wyczytałem, że wieś nazwę zawdzięcza ciemnej wodzie płynącej w pobliskim strumieniu. Przed wojną mieszkało tu 300 osób, głównie prawosławni (wcześniej grekokatolicy), ale też kilku żydów.

Fot. Roman Husarski
Położony w pobliżu pamiątkowego miejsca cmentarz wojenny został odremontowany. Ponoć bardzo zmieniono oryginalny charakter tego miejsca. Niektóre krzyże są jednoramienne, inne zaś dwuramienne – w ten sposób oddzielono od siebie katolików i prawosławnych.

Fot. Roman Husarski

Fot. Roman Husarski
W dawnej wsi znajdowała się cerkiew prawosławna i grekokatolicka. Jednak po przesiedleniach obie zostały zrabowane i podupadły. Cerkiew prawosławna w czasach mniej przychylnych religii była używana jako stodoła na siano. Ostatecznie została rozebrana. Cerkiew grekokatolicką przeniesiono i odnowiono w Sądeckim Parku Etnograficznym w Nowym Sączu, gdzie można dziś ją podziwiać. Śladem po świątyniach w Czarne jest połemkowski cmentarz parafialny.
Jednak Czarne nie jest całkiem opuszczone – ma jednego mieszkańca. Chodzi o Jerzego Szczepkowskiego, artystę, ceramika i… mnicha zen. Co ciekawe, podczas wieloletniej nieobecności pana Jerzego jego domostwem opiekował się nie kto inny a Andrzej Stasiuk. To właśnie nazwa tej wsi stała się inspiracją dla słynnego wydawnictwa Czarne. W prawie stuletniej połemkowskiej chacie Stasiuk napisał dużą część swojej twórczości.

Fot. Roman Husarski
W Czarnej nie mogłem się powstrzymać, by nie zajrzeć do środka. W pobliżu chaty za zagrodą znajdowało się małe stado koni. Drzwi do chałupy otworzył mi mężczyzna, który przedstawił się jako Maciek i zaprosił mnie na herbatę. Okazało się, że po raz kolejny Jerzy Szczepkowski był w drodze i poprosił znajomego o opiekę.

Fot. Roman Husarski
Pijąc herbatę, obserwowałem kosmiczne pomieszczenie artysty. Z sufitu zwisały najdziwniejsze rzeczy – od wylinki żmii po medaliony.

Fot. Roman Husarski
– A to ogon Saszki – Maciek wskazał mi zwisającą kitę. – Koń mu przydepnął i tak teraz psina biega bez ogona.
Zapytałem Maćka, czy życie z takim stadem zwierząt jest bardzo trudne.
– Najgorzej jak konie się zerwą i trzeba ich szukać po polach. Na takim mrozie wyprawa do wychodka w nocy też nie należy do najprzyjemniejszych przeżyć.
W domu nie było prądu, ale oświetlała go energia z prac artysty. Wszędzie walały się czarki, czajniki, wazony i inne wyroby z ceramiki. Świadome nawiązania do estetyki wabi i sabi oraz wykonanie w stylu raku wskazują na dużą znajomość japońskiej estetyki i rzemiosła artystycznego Szepkowskiego. Ponoć nawet Japończycy przyjeżdżają czasem do Czarne, by zakupić wyroby, które w ich kraju byłyby dużo droższe.

Fot. Roman Husarski
Podziękowałem za posiłek. Kierując się w stronę wyjścia, zapytałem o trudności w życiu w głuszy.
– Raz jak zasypał mnie tu śnieg, to zaczęło się robić nerwowo. Do cywilizacji daleko, a ja już nie miałem zapasów. Na szczęście po weekendzie w końcu odśnieżyli.
Wychodząc, życzę Maćkowi, by Jerzy Szczepkowskiego nie zniknął na kolejne lata, choć z mnichami zen nigdy nic nie wiadomo. Samą pracownię można odwiedzić, ba! nawet istnieje możliwość warsztatów ceramicznych, konnych i medytacyjnych. Pytanie tylko, czy właściciel będzie dostępny. W tej kwestii odsyłam do strony Jurka Szczepkowskiego. Kto wie może i mnie się kiedyś uda zapisać na jego warsztaty?

Fot. Roman Husarski
* Cytaty przy zdjęciach pochodzą z „Dziadów” Adama Mickiewicza.


