Niewiele osób zdaje sobie sprawę z turystycznych możliwości Iraku. Znaczna część kraju oczywiście pogrążona jest w kryzysie, a konflikt pomiędzy większością szyicką a sunnitami nie wydaje się mieć ku końcowi. Rykoszetem obrywają również mniejszości a miasta takie jak Mosul czy Bagdad królują w rankingach najniebezpieczniejszych dla chrześcijan miejsc świata. Jest jednak w Iraku region stosunkowo stabilny, w którym nie musimy się bać na każdym kroku. Gdzie ludzie jeżdżą drogimi samochodami i niemalże cały region pogrążony jest w budowie. Gdzie nie trzeba się martwić o jedzenie, bo ludzie są tak przyjaźni, że ciągle zapraszają do suto zastawionych stołów. Gdzie nikt nie będzie robił problemów z powodu namiotu rozstawionego w parku. Gdzie autostop działa tak dobrze, że samochody zatrzymują się, zanim zdąży się wyciągnąć rękę. To iracki Kurdystan.
Do irackiego Kurdystanu wjechaliśmy od strony Turcji, przez małe brudne miasteczko, ponoć o ponurej reputacji. W Silopi faktycznie mieliśmy trochę problemów. Najpierw samochód, który zatrzymaliśmy, okazał się ukrytą taksówką, i musieliśmy zapłacić. Potem okazało się, że granicę można przekroczyć tylko samochodem. Na szczęście personel pomógł nam złapać stopa.

Fot. Roman Husarski
Polscy obywatele dostają darmową wizę na 15 dni. Procedura trwała mniej niż dziesięć minut w przyjaznej atmosferze.
To, co uderza jeszcze na granicy to wielokilometrowa kolejka tirów – cystern. Kurdystan zarabia przede wszystkim na ropie. Tirowcy dziś cieszą się, że spędzą na granicy tylko dwa dni. Do niedawna czekali ponad tydzień!
Po stronie Kurdystanu widok się zmienia. Budynki odnowione, mało ludzi, dookoła piękna przyroda. I oczywiście znów mnóstwo tirów.

Fot. Roman Husarski
W nieistniejącym kraju spędziliśmy tydzień. Odwiedziliśmy miasteczko Jazydow – zamkniętej, cierpiącej od wieków prześladowania religii. W górskim miasteczku Duchok świętowaliśmy wraz z kurdyjskimi rodzinami Ramadan. Z kolei w Erbilu (ewentualnie Arbil, Irbil czy z kurdyjskiego Hawler) włóczyliśmy się zarówno po fascynującej starożytnej cytadeli, jak i po nowoczesnych, bardzo europejskich dzielnicach. Największym plusem w Kurdystanie są ludzie. Bardzo gościnni i zaciekawieni nielicznymi turystami, którzy odwiedzają region. To też chyba pierwsze takie miejsce, gdzie zamiast próby wyciągnięcia z turysty pieniędzy, Kurdowie je turystom… rozdają. Wielokrotnie, gdy łapaliśmy autostop, czy gdy mieszkaliśmy w namiocie, oferowano nam pieniądze. Staraliśmy się odmawiać, ale ci ludzie w taki dziwny sposób chcieli nam pokazać swoją gościnność. Jedna sytuacja wyglądała tak:
– Witam. Czemu mieszkacie w namiocie, a nie w hotelu? Nie macie pieniędzy hehe wiecie ja mam dwie żony i dziesięć dzieciaków. Jestem bogatym człowiekiem, mieszkam w Australii, ale mam domek letniskowy w Kurdystanie. Duży domek hehe. No dobra ile chcecie- 5 tysięcy? Dziesięć (ok.40zł)? Macie, zjedzcie coś sobie.
A zresztą zaraz powiem żonie, to przywiezie coś wam z posesji.
I po chwili faktycznie przywieźli nam całe talerze jedzenia :D.

Fot. Roman Husarski
Dodatkowo poziom angielskiego jest najwyższy w regionie (Wojtek też nawijał z ludźmi po arabsku), więc nie mieliśmy problemów z dogadaniem się.
Turysta nie musi też bać się, że przez przypadek wjedzie tam, gdzie nie trzeba. Kraj jest pocięty licznymi checkpointami (może nie aż tak jak w Somalilandzie, ale jednak), i nikt nas do Iraku nie wpuści, bo potrzeba osobnej wizy. Wyrobienie jej dla turysty graniczy z cudem, ale ponoć jakiemuś Polakowi się udało. Po dwóch latach usilnych starań.
Zasadniczo Kurdystan to miejsce warte odwiedzenia, wciąż z tych trochę „poza utartym szlakiem”, gdzie ludzie naprawdę interesują się turystami i są bardzo gościnni. Na niepodległość nie ma co jednak liczyć. Pomimo że Kurdystan posiada wszystkie potrzebne państwu struktury (jedynie walutę dzieli z Irakiem), ekonomicznie jest w dalekim stopniu uzależniony od Iraku jest przeciwny żądanimo Arbilu. Również przeciwne niezależności są sąsiednie kraje (Turcja, Iran, Syria), posiadające mniejszość kurdyjską. 25 milionów Kurdów jest największym na ziemi narodem bez własnego państwa. Istnieje niewielka szansa na nowy kurdyjski autonomiczny twór w targanej wojenną zawieruchą Syrii. Nikt jednak nie wie, co z tego chaosu powstanie.
