Z EUROPY

DokuFest: Zamiast czołgów – filmy

Prizren
Fot. Ewelina Leszczyńska

Siedziałem z Eweliną oglądając film dokumentalny o amerykańskiej bogini świata mody. Wdychaliśmy świeże górskie powietrze i niewiele robiliśmy sobie ze spadających na nas pojedynczych deszczowych kropel. Niektórzy widzowie nie wytrzymywali i zerwali się ze swoich miejsc szukając schronienia pod pobliskim zadaszeniem. Na szczęście chochliki pogody nie były zbyt złośliwe i co raz zza chmur wyglądały gwiazdy. Uśmiechającą się z ekranu Iris Apfel miał czelność zagłuszyć w pewnej chwili muezin, który wzywał z pobliskiego meczetu do modlitwy. Nikt jednak nie opuścił widowiska. Jeśli na pokazie byli jacyś muzułmanie, z pewnością ulegli celuloidowej magii. Film o Apfel zresztą świetnie tam pasował. Opowieść o kwintesencji indywidualności na wyjątkowo nietypowym festiwalu – DokuFest.

Dwoje studentów-kinomanów, podróżując po Bałkanach autostopem, nie mogło przegapić takiego wydarzenia. Pomimo że dotarliśmy na końcówkę (po drodze zatrzymały nas jazzowe koncerty w Nisz w Serbii) to festiwal zaskoczył nas wielokrotnie.

„Sala kinowa” o poranku.
Fot. Ewelina Leszczyńska

Wszystko rozgrywa się w Prizren w Kosowie. Miasto położone jest w pięknej górskiej okolicy i wypełnione jest meczetami, kościołami i zabytkową architekturą podkreślającą burzliwe dzieje regionu – Prizren wielokrotnie zmieniało swoich władców. Dzieje DokuFest sięgają 2002 r., kiedy to grupa znajomych zorganizowała pokazy filmowe w centrum miasta. Międzynarodowy rozgłos festiwal uzyskał jednak w 2008 roku, po ogłoszeniu niepodległości przez Kosowo*.

„Dziękuję, dziękuję, że przyjechaliście nas odwiedzić. Przez cały rok czekaliśmy na te kilka dni. Tak to nic tu się nie dzieje” – opowiadał nam, pewien człowiek w zgrabnym bereciku, gdy raczyliśmy się herbatą w centrum miasta. Rzeczywiście, tak duże wydarzenie to wielka szansa dla miasta i jego mieszkańców. Kilkanaście tysięcy osób przez 9 dni festiwalu z pewnością zostawiło tu nie jedno euro. Ważny jest też wizerunek. Kosowo wciąż powszechnie traktowane jest jako czarna plama na mapie Bałkan – jak nie zabiją to na pewno okradną…

Fot. Roman Husarski

Na DokuFest filmy wyświetlane są w różnych miejscach w mieście. W tym na wolnym powietrzu, wzdłuż małej, biegnącej przez środek miasta, rzeki. Podczas tegorocznej edycji pokazywano ponad 200 filmów dokumentalnych z całego świata (także z pozostającej  w konflikcie z Kosowem Serbii). Postawiono na reżyserów mniej znanych, dano szansę wykazać się młodym talentom. Było kilkanaście tytułów z Kosowa, wszystkie jednak krótkometrażowe, w większości nie przekraczające 15 minut. Podczas projekcji jednego z nich nie wytrzymałem i padłem w objęcia Morfeusza. Przed filmową sceną Kosowa długa droga, ale festiwal to też okazja dla reżyserów do zdobycia doświadczenia.

Bloki tematyczne były zróżnicowane, choć w większości społecznie zaangażowane. W dziale „Should I stay or should I go” puszczano filmy podejmujące problem emigracji i uchodźców. Blok pt. „Human Right Dox” mówił sam za siebie. Były też sekcje typowo historyczne, jedna z nich poświęcona legendzie amerykańskiego dokumentu w stylu direct cinema, Albertowi Mayslesowi, inna –  serbskim awangardzistom. Zastanawiałem się również nad tym, jak wybrzmiewają w Kosowie filmy poświęcone ludobójstwom, takie jak np. „Scena Ciszy” Joshuy Oppenheimera (jedno z nielicznych nazwisk jakie kojarzyłem na festiwalowej rozpisce). W kraju, gdzie tego typu historie, podobne do tej z wspomnianego filmu, są świeże i na pewno dobrze znane. Nie odważyłem się jednak nikogo o to pytać.

Nie da się też nie wspomnieć o brakach w przygotowaniu organizatorów. Podczas finału to zacinał się mikrofon, to prezenterka się myliła, czytając nagrody. Mapa miejsc festiwalowych była przygotowana chyba w paincie, a miejsca pokazów również ulegały zmianie. Właściwie stale zdani byliśmy na przechodniów i pocztę pantoflową – choć wesoła, metoda ta ma wady, zwłaszcza gdy pomiędzy projekcjami ma się zaledwie pięć minut przerwy. W zdziwienie wprawiła nas też droga do naszego pola namiotowego pt. „hulaj dusza, kosza na śmieci nie ma!”. A do tego jakie zapachy!

Legendarny sprzedawca frytek wraz ze swoim synem.
Fot. Ewelina Leszczyńska

Wreszcie pewne poczucie niepokoju zostało we mnie po wizycie w lokalnej cerkwi. Jeden z pozostałych w Prizren siedemnastu wiernych, cichym głosem, opowiadał mi o próbach usunięcia chrześcijańskiego dziedzictwa z Kosowa. „Nic tu nie jest w porządku. Dzięki festiwalowi, uwaga świata daje nam jakąś ochronę, ale prawda jest taka, że boimy się każdego dnia”. Faktycznie cerkiew jest w środku dziwnie pusta.  Większość chrześcijańskiego dziedzictwa w mieście została rozkradziona i zdewastowana podczas zamieszek w marcu w 2004 roku. Podpalono także XIVwieczną, wpisaną na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO**, Cerkiew Bogurodzicy Ljeviškiej. Do dziś nie widać, by władze Kosowa, specjalnie interesowały się opieką nad niechcianą częścią historii. Jedynie przed świątynią w centrum Prizren postawiono smutną budkę strażniczą.

Festwial w Prizren nie jest ani przykładem geniuszu organizacyjnego, ani nie zwala z nóg nazwiskami gwiazd filmowych. Nie oto tu jednak chodzi. DokuFest to świetna okazja dla mieszkańców Kosowa do przedsiębiorczości (ponoć liczba bezrobotnych sięga aż 50%) i na spotkanie z międzynarodową społecznością. Nieprzypadkowo w tematyce stawia się tu na prawa człowieka, omawia tematy bolesne i ważne. Pokazy na wolnym powietrzu dają też możliwość na oglądanie filmów bez zakupu biletów. Zresztą festiwal to także liczne warsztaty, wykłady, wystawy, street art. Bez przesady i zbędnego patetyzmu śmiało można powiedzieć, że kino po raz kolejny zmieniło świat.

Polecamy tu zaglądnąć!
Fot. Ewelina Leszczyńska

 

* Społeczność międzynarodowa jest podzielona co do statusu Kosowa.

**  Kilka dni temu UNESCO, z powodu protestu Serbii, odrzuciło pomysł przyjęcia Kosowa w swoje szeregi.

1 myśl na temat “DokuFest: Zamiast czołgów – filmy”

  1. …bedac w Kosowie – najlepiej zawsze czuje sie Prizrenie, bowiem jast to miasto, gdzie slychac rozne jezyki ( tylko albanski, ale i turecki, serbski, a nawet chinski, itd. ..).. mieszkancy sa przyjazni, bez problemu sluza pomoca, i pokazuja swoje miasto (w tym dwa staremeczety).. pozdrawiam (-:

Dodaj komentarz