...AUTOSTOP... Etiopia

Autostopem przez Etiopię

Autostop w Etiopii raz jest oczywistością raz czystym absurdem. Trudno by państwo o powierzchni czterokrotnie większej od Polski, nie było zróżnicowane. Naprawdę wiele zależy od części kraju, po której podróżujemy, ponieważ są tu i wysokie góry i nieprzejezdne w okresie deszczowym niziny. Kraj zwiedziliśmy z Łukaszem jedynie częściowo i zdaję sobie sprawę, że ten tekst jest okrutną generalizacją.  Mimo wszystko mam nadzieję, że te spostrzeżenia będą pomocne.

Czasem można łapać stopa nawet w centrum miasta. Wszystko zależy od atmosfery.
Fot. Roman Husarski

Pierwsze próby łapania stopa w stronę Harar z Addis Abeby spełzły na niczym. Dotarcie na obrzeża miasta zajęło nam dwie godziny. Gubiliśmy się na skrzyżowaniach. Sprawę utrudniały nam autobusy nagminnie zatrzymujące się na nasz widok. To już etiopska specyfika. Wygląda na to, że niezależnie od przystanku autobus można zatrzymać zawsze i wszędzie! Niemałe zamieszanie budziliśmy również wśród lokalnych mieszkańców. Niejedna osoba próbowała nam „pomóc”. W tych warunkach zrezygnowani zdecydowaliśmy się jednak na autobus.

Na szczęście dużo łatwiej łapie się autostop na prowincji! Skutek też jest jednak różny. Problem stanowią chmary ciekawskich dzieci. Nie trzeba orientować się w statystykach, by stwierdzić, że przyrost naturalny w Etiopii jest na wyżynach w stosunku do Europy. Najmłodsi stale towarzyszyli nam w łapaniu stopa. W przypadku kilku, kilkunastu osób jest zabawnie. Gdy jednak przy autostopie pomaga całe przedszkole, to robi się mniej wesoło. Kierowcy wyczuleni na psikusy bachorów (podkładanie/rzucanie kamieni, zabaw w „kto dłużej wystoi na środku ulicy” itp.) od razu dodają gazu. Nie raz musieliśmy przepchać się przez tłum, by samochód nas w ogóle zobaczył. Zdarzyło się też łapanie stopa z całą wioską, ale to inna historia…

Próbowaliśmy i z napisami i z machaniem rączką. Mam wrażeniem, że napis nie wiele pomógł
Fot. Roman Husarski

Z dziećmi jest jeszcze jeden problem. Część z nich to przemiłe brzdące, które cieszą się, jak zrobi im się zdjęcie czy pogłaszcze po głowie. Ale pozostaje jeszcze ta druga część, czyli wrzeszczące bachory nachalnie domagające się pieniędzy (czego z zasady nie robimy, a tym bardziej nie dajemy cukierków). Niegrzeczne dzieci próbują czasami coś podkraść, lub nawet rzucają kamieniami, jak nie patrzy się w ich stronę. W moim przypadku było też szarpanie dredów. Raz w Soddo zostaliśmy wręcz zaatakowani przez grupę obdartych dzieci ulicy. Sytuacja miała miejsce w nocy i w centrum miasta. Gdyby na ratunek nie przyszła nam lokalna para, to nie wiem, jakby się to skończyło. Zagrożenie istnieje i trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Niestety obawiam się, że część turystów utrwaliła złe nawyki obdarowywania dzieciaków i potrzeba będzie pokoleń, by odnotować zmianę. Jak już ktoś coś musi już dać, to niech to będą markery, zeszyty czy długopisy – coś przydatnego w nauce, w rozwoju. Natomiast lepiej już znaleźć lokalne organizacje pomagające bezdomnym niż próbować pomagać na własną rękę.

Dzieci mówią pa pa!
Fot. Roman Husarski

Inną trudnością autostopu w Etiopii jest fakt, że dla wielu posiadanie samochodu to biznes. A im dalej jesteśmy od stolicy, tym ta prawidłowość jest bardziej widoczna. Na pustyni czy w wysokich górach, płacenie za podwózkę jest oczywiste. Różnie z tym jednak bywa. Zwłaszcza że biali łapiący stopa wzbudzają spore zainteresowanie. Wielu kierowców zatrzymuje się z ciekawości! Zaskoczyła nas stosunkowo powszechna znajomość angielskiego. Nawet z wieloma kierowcami tirów udał nam się troszkę pogadać.

Mój niepokój wzbudziła z kolei notka w przewodniku Bradta o zakazie przewożenia turystów przez tirowców. Zdaje się jednak, że prawo, różne pomiędzy prowincjami, tyczyły się tylko południa kraju. To tam zatrzymała nas policja. Na szczęście Łukasz, wykonując popisy w gestykulacji i powtarzając „plane plane” opanował sytuację. Niestety, choć pytałem różnych osób i szukałem w Internecie, nie udało mi się znaleźć konkluzywnej odpowiedzi odnośnie statusu prawnego autostopu w Etiopii.

Na pace tira!
Fot. Roman Husarski

Sytuacja znalezienia się w ciemnej dupie (niezbyt fortunne określenie w stosunku do Afryki, ale prawdziwe) jest też niewykluczona. Brak samochodów to duży problem. Zwłaszcza w Weyto nie szło nam, to łapanie. Naszym celem była Jinka, stolica Strefy Debub Omo i strategiczne miasto dla chcących zwiedzić słynny Mago National Park. To w nieszczęsnym Jinko wpadliśmy w małe tarapaty z powodu konfliktu z lokalnym gangiem, choć to temat na inną opowieść.

Nieliczni kierowcy, którzy przejeżdżali przez puste Weyto żądali od nas absurdalnych cen. Ostatecznie po czterech godzinach ktoś się nad nami zlitował. Niejednokrotnie mijali nas biali turyści własnymi jeepami. Jak można się domyśleć, żaden się nie zatrzymał.

Są i takie autobusy.
Fot. Roman HusarskiPomimo tych niedogodności autostop w Etiopii ma też wiele plusów. Po pierwsze turyści są nagminnie oszukiwani w autobusach. Pobiera się od nich opłaty nawet dziesięciokrotnie wyższe. Zdarzyło nam się, że nawet lokalni Etiopczycy reagowali. Innymi razy prosiliśmy o pomoc ludzi w naszym wieku. Pamiętam jak jeden chłopak, nawet zwyzywał cwanego kontrolera! Niestety zdarzyło nam się również wykłócać przez prawie całą drogę. Również dworce są jednymi z najniebezpieczniejszych miejsc dla turystów. W wyniku zamieszania regularnie jakiś młodziak sięgał mi do kieszeni (na szczęście niczego tam nie trzymałem). Łukasz natomiast padł ofiarą kieszonkowca i stracił telefon. Irytujący są też dworcowi pomocnicy, którzy, choć nikt ich nie prosi, wyjmują bagaż i żądają za to napiwku. Niezależnie ile by się im nie dało (od miejscowych znaliśmy cenę), reagują oburzeniem i żądają więcej. Autostop pozwala uniknąć tych nieprzyjemności.

Druga kwestia to słaby stan techniczny niektórych autobusów, zwłaszcza tych dużych. Raz jechaliśmy rozpadająca się maszyną 100 km w aż siedem godzin. Nie zawsze udaje się zatrzymać jeepa, ale nawet tiry jeżdżą szybciej. Dzięki złapaniu stopa w parku Omo nie przydzielono nam obowiązkowych strażników (którzy każą sobie słono płacić, ale nie wiele robią). Nikt nie zatrzymał nas też bramkach, gdzie policja ponoć wyłudza pieniądze od podróżujących samotnie turystów. Raz jeszcze plusy dla autostopu.
Szukaj stopa w polu.
Fot. roman Husarski

Problem, niezależnie czy jedziemy autostopem, czy nie, stanowią szaleni kierowcy, którzy mocno dają po garach. A że pod względem ilości zwierząt hodowlanych Etiopia ma 5 miejsce na świecie, tak i widoki potraconych osiołków, kóz czy kur na drodze jest powszechny. Równie często widać w rowach porzucone po wypadkach wraki. My także nie uniknęliśmy tego problemu. A na trasie Woldia – Gashema nasz kierowca potrącił nawet człowieka! Jeżeli macie taką możliwość, siadajcie z tyłu, gdzie jest mniejsza szansa na śmiertelny wypadek.

Jechaliśmy w kordonie tirów. Na zdjęciu maszyna Łukasza.Fot. Roman Husarski
Jechaliśmy w kordonie tirów. Na zdjęciu maszyna Łukasza.
Fot. Roman Husarski

Zobaczmy jak wyjdzie Etiopia w ostatecznym rozrachunku. Bazowa ocena to 3.

-1 – „pomocne” dzieci.
-1 – niejasna sytuacja w prawie.
-1 – regułą jest płacenie za autostop.

+/- – drogi każdego rodzaju, średnia to pełny wybojów i dziur asfalt.

+0,5 – niezła znajomość języka.
+0,5 – latwo się orientować w terenie.
+1 – prawie każdy się zatrzymuje.
+1 – autostopem szybciej się porusza niż autobusami!

Ocena autostopu w Etiopii to 3, ale dla mnie jest to mocny plus! Polecam! Wrażenia gwarantowane :).

Leave a Reply