...O PODRÓŻOWANIU...

It’s a trap! Problemy z ajurwedą

Ajurweda (dosł. wiedza o życiu) jest jedną z najstarszych tradycji leczniczych na świecie. Jej korzenie sięgają cywilizacji Doliny Indusu (3300-1300 p.n.e.). W świecie naukowym ten zbiór praktyk wzbudza spore kontrowersje. Nic dziwnego. Jednym ze źródeł tradycji jest Atharvaveda (spisana pomiędzy 1200-1000 p.n.e.), czyli w dużym skrócie zbiór zaklęć magicznych. Choroby, podobnie jak w wielu innych starożytnych tradycjach medycznych, były w niej interpretowane, jako działanie demonów. Dziś, jedni głoszą: „ajurweda jest pseudonauką”. Inni wolą widzieć ją raczej jako przed-naukę i podkreślają potencjał licznych ziół i zabiegów. Jednak na subkontynencie indyjskim przede wszystkim „ajurweda = biznes”. Sposoby, w jaki turystom wciska się „pradawną mądrość”, woła o pomstę do nieba.

Na początku tego roku odwiedziłem z Agatą ośrodek Ayurveda Village w miejscowości Unawatuna (niedaleko Kolombo). Trafiliśmy tam, ponieważ zaproponował nam to kierowca tuk-tuka. Zazwyczaj, znając renomę azjatyckich taksówkarzy i słysząc podobne propozycje, zbywam je milczeniem lub stanowczym „nie”, ale w zeszłym roku odwiedziliśmy fantastyczną plantację herbaty marki Herman. Postanowiliśmy zaryzykować.

Naszym oczom ukazał się niewielki ogród, po którym oprowadził nas nasz przewodnik. Na początku zapowiadało się ciekawie, ponieważ usłyszeliśmy, że plantacja zawiera ponad 200 roślin. Jednak pokaz skończył się, dużo szybciej niż się spodziewaliśmy. Obejmował kilka powszechnie znanych roślin, jak pieprz syczuański czy cynamonowiec cejloński (z którego pozyskuje się, jak nazwa wskazuje cynamon). Przewodnik oprowadzając nas po ogrodzie, kilkakrotnie zapewniał, że miejscowa ludność cieszy się doskonałym zdrowiem w odróżnieniu od wymizerniałych Europejczyków, którzy chorują na raka. Tak jakby Lankijczyków rak nie tykał i jakby żyli średnio dłużej od mieszkańców Polski – co nie jest prawdą. Przeczuwając, że coś jest nie tak, zapytałem mężczyznę, gdzie rośnie bacopa monnieri, czyli bakopa drobnolistna. To jedna z tych roślin, której wstępne badania (zobacz tu i tu) wydają potwierdzać się jej pozytywne działanie na pamięć i redukcję stresu. Przewodnik nie wiedział, o czym mówię, więc podałem mu nazwę indyjską, brahmi. W starożytnej indyjskiej medycynie lecznicze rośliny powiązane były z bogami, co na ogół niewiele różni się to od powszechnego w szamańskich tradycjach poglądu o „duchu rośliny”. W przypadku bakopy był to bóg Brahma, powszechnie uważany za stwórcę świata. Brahmi można by tłumaczyć, jako „energia boga Brahmy” – już sama nazwa może wskazywać na interesujące z kognitywnego punktu widzenia działanie rośliny.

Gdy dalej nasz przewodnik nie miał bladego pojęcia, o czym mówię, podałem mu nazwę lokalną (lunuwila). Znałem ją nie dlatego, że jestem wymiataczem z etnobotaniki, ale dopiero co kupiłem spory zapas rośliny w jednym ze sklepów. Mężczyzna wykręcał się od odpowiedzi, a na koniec wycieczki pokazał mi zupełnie inną roślinę. Wszystko zakończyło się w sklepiku z koszmarnie drogimi kosmetykami i „lekarstwami”. Cena niektórych była 10-krotnie wyższa niż w aptece! W dodatku, gdy nic nie kupiliśmy, kierowca tuk-tuka zaczął coś mruczeć pod nosem i rzucał w nasze strony nieprzyjemne spojrzenia. Prowizji tym razem nie było.

Jaki z tego krótkiego wpisu morał? Po pierwsze, praktycznie wszystkie produkty ajurwedyjskie można dostać w zwykłych aptekach lub lokalnym sklepach za normalną ceną. Kolorowe szyldy „Ayurveda”, kuszą turystów, ale wiele z nich to pułapki na naiwnych. Co roku tysiące turystów, wierząc w magiczne wręcz właściwości medycyny indyjskiej, podaje się zabiegom pod okiem ajurwedyjskiego „lekarza”. W sieci krąży wiele tragicznych opisów efektów takiego „leczenia”, które czasem kosztuje też fortunę. Choć centrum ajurwedy jest Kerala, to na Sri Lance w dobrej cenie można znaleźć praktycznie wszystkie rośliny, od ashwagandhy po gotu kolę. W Kolombo zaopatrzyć się można np. w sieci S.H.G., którą polecił nam znajomy lankijskiego lekarz. To tam kupiłem suszoną bacopę monnieri  w cenie 4zł za półlitrową siatkę. Wspominam o tym, bo w ostatnim czasie dosyć aktywnie reklamowane są koszmarnie drogie suplementy z tą rośliną.

Po drugie, nie wszystko złoto, co się świeci. Łukasz Łuczaj opowiadał mi kiedyś, że cała moda na czystek (w sprzedaży głównie Cistus incanus Linne) i przypisywane mu właściwości, biorą się w dużej mierze z atrakcyjnej nazwy rośliny, która wywołuje dobre skojarzenia. Podobnie jest z ajurwedą, która otoczona jest aurą tajemnicy. Nie każdy „starożytny” lek działa. 5 tysięcy lat tradycji nie wystarczy, by pokonać Alzheimera. Niektóre z leków i praktyk ajurwedyjskich są dziś problematyczne lub nawet niebezpieczne. Można choćby wspomnieć o irygacji okrężnicy, spożywaniu dużej ilości niezbadanych ziół, połykaniu i wyciąganie bandaża w celu oczyszczenia żołądka itp. Nie mówiąc już o często towarzyszącej ajurwedzie astrologii. Problemem jest też branie licznych leków i suplementów na raz, a jak to mój dziadek-lekarz mówi „trudno przewidzieć korelacje ponad trzech substancji przyjmowanych jednocześnie”.

Warto też dodać, że w samych Indiach również toczy się debata na temat ajurwedy i to od prawie wieku. Mamy więc dwa obozy –  śuddha (czystą) ajurewdę i aśuddha (nieczystą) ajurwedę. Tych, co stoją na straży zebranej wiedzy i tych, co dążą do jej zmiany i fuzji z medycyną zachodnią. Wiele ziół testowanych od tysięcy lat, może faktycznie mieć pożyteczne działanie. Zachodnia metodologia badawcza ma możliwości, by to weryfikować.

 

Leave a Reply