Mali

Nowoczesny nomada. Wywiad z Eyadou Ag Leche (Tinariwen)

Zdjęcie udostępnione przez Agencję Perspektywy.Tinariwen, czyli dosłownie „ludzie z pustyni”, zaistnieli po raz pierwszy w 1979 roku. Założyciel zespołu Ibrahim Ag Alhabib swoją pierwszą gitarę stworzył z metalowej puszki, kija i drutu z hamulców od roweru. On i inni muzycy byli „synami 1963 roku”, których życie naznaczyła tragedia dwóch przegranych tuareskich rebelii. Ag Alhabib w wieku czterech lat był świadkiem egzekucji swojego ojca i wychował się w obozie dla uchodźców w Algierii. Choć Ibrahim Ag Alhabib cały czas jest frontmanem zespołu, Tinariwen należy traktować bardziej jako kolektyw muzyczny, w którym na przestrzeni lat grało wielu artystów.

Przez lata zespół pielęgnował pamięć o krzywdach Tuaregów. Członkowie zespołu, z których część odebrała wojskowe wykształcenie od Muammara al-Gaddafiego, który był przychylny ich sprawie, brała czynny udział w rebelii tuareskiej w 1990 roku, a ich pustynny blues rozgrzewał serca rebeliantów. Po zawieszeniu broni w 1991 roku muzycy ogłosili, że na dobre zamieniają karabiny na gitary.

Grupa zaczęła zyskiwać międzynarodowy rozgłos dopiero po zainicjowaniu przez nich Festiwalu na Pustyni (Festival au Désert) w 2001 roku, który w krótkim czasie stał się pokoleniowym wydarzeniem. Dziś wspominanym jest ze smutkiem, gdyż z powodu islamistycznego zagrożenia, impreza została zawieszona w 2012 roku.

By porozmawiać o kulturze Tuaregów, nostalgii i polityce spotykam się z Eyadou Ag Leche, basistą zespołu, który gra w kolektywie od 2001 roku. Wywiad odbył się 28 czerwca, w języku francuskim, przed koncertem w Krakowie. Dziękuję Agencji Perspektywy za tą możliwość.

Ze wstydem przyznaję, że przez lata słuchałem Waszej muzyki, kompletnie nie rozumiejąc tekstów. Jak to jest śpiewać o ważnych rzeczach w języku, który wielu fanów nie rozumie?

Chciałbym, aby więcej osób rozumiało, o czym śpiewamy, ponieważ są to rzeczy bardzo ważne dla nas. Trochę podróżowałeś, poznałeś kulturę tuareską i naszą gościnność, ale wiele osób nie ma o tych rzeczach pojęcia. Dlatego tłumaczymy nasze teksty z tamasheq na angielski i francuski (tłumaczenia dostępne na stronie zespołu przyp. RH).

A czy dziś, jako zespół, który stał się szeroko rozpoznawalny i zgromadził rzesze fanów na świecie, myślicie podczas pracy twórczej o Waszej międzynarodowej publice?

Dla nas zawsze najważniejsza będzie nasza kultura. Nasza muzyka zrodziła się z cierpienia ludzi. Zrodziła się z ciszy pustyni, z jej pulsu. Gdy zaczynaliśmy tworzyć, nie myśleliśmy o sukcesie. Chodziło o naszą kulturę, naszą tożsamość. Muzyka była sposobem jej wyrażania. Po przegranej rebelii tuareskiej z 1963 roku to było wyjątkowo ważne. Każdego dnia gromadziliśmy publikę, która przychodziła z różnych strony, by nas zobaczyć. A my chcieliśmy pozostać nomadami, ale żyjącymi nowocześnie.

Właściwie można powiedzieć, że trasa koncertowa, to jakaś nowoczesna forma życia nomadycznego. 

Tak, podróżowanie przychodzi nam łatwo. Teraz jednak jesteśmy bez naszych rodzin, za którymi tęsknimy.

Staliście się ambasadorami Waszej kultury.

Ludzie mogą tak mówić, ale my wolimy określać się jako „wolontariusze”, ponieważ nikt nam naszej misji nie wyznaczył. Nasza działalność jest oddolna. Stąd „wolontariusze”. (śmiech)

Co ludzie, tu w Polsce, mogą otrzymać od Waszej muzyki?

Czytając Waszą historię, widzę, że dużo przeszliście. Myślę, że gdzieś głęboko, istnieje wiele punktów stycznych. Assouf czyli nostalgia, która wypełnia naszą muzykę, to coś uniwersalnego. Znajdziesz ją w każdym człowieku.

Zespół podczas koncertu. Fot. Roman Husarski

Jest jednak pewna różnica. Śpiewacie o braku wolności i opresji. My, pomimo rozbiorów, uzyskaliśmy niepodległość. Tuaregowie pozostają narodem rozrzuconym po Afryce, od Mali po Niger. W 2012 roku kolejna rewolucja wstrząsnęła Sahelem. Powstał niezależny Azawad. Podejrzewam, że dla wielu Tuaregów początkowo był to okres optymizmu.

Niestety wszystko skończyło się tragicznie. Początkowo miało być to państwo świeckie. Niestety władzę przejęła w nim frakcja islamistyczna. Te problemy nie mają swojego źródła w biedzie, jak się powszechnie uważa, ale w bogactwie. Kto finansuje tych ludzi? Te grupy fundamentalistyczne Ansar Dine mają zasięg międzynarodowy. Rekrutują ludzi z każdej strony świata. Mają silne wsparcie z zewnątrz. Nasz narodowy projekt nie miał szans.

Czy Azawad ma według Ciebie przyszłość?

Dziś świat mierzy się z licznymi problemami: ekologia, wahania walut, różnice pomiędzy bogatymi a ubogimi. Nasze marzenie o niepodległości jest jednym z wielu. Pewnego dnia będzie to możliwe. Być może w formie autonomii. Nawet Mali rozumie, że nie może ignorować ludzi tego regionu w nieskończoność.

Rząd Mali rozpocznie dialog?

Nie ma czegoś takiego jak rząd Mali. To Francja zadecyduje. Wszystko w rękach Paryża.

Zastanawia mnie jednak kwestia metody. Macie gigantyczny wpływ na tuareską młodzież. Kształtujecie postawy. Czy Tinariwen, zespół byłych partyzantów, dopuszcza możliwość kolejnego konfliktu zbrojnego? Wiem, że to trudne pytanie. 

My złożyliśmy broń, by grać muzykę. Dla nas muzyka jest najsilniejszą bronią. Nie produkujemy broni masowego rażenia jak USA czy Iran. Tylko muzykę. Nasza broń nie zabija, ale uczy.

Z islamistami Wam nie po drodze. Wasz gitarzysta Abdallah Ag Lamida miał w 2012 roku spore problemy.

Stało się, to gdy wzrósł konflikt o przyszłość Azawadu. Abdallah nie bał się mówić to, co myśli o pomysłach wprowadzenia radykalnego shariatu. Zabrali mu więc gitary, a potem uwięzili. Znalazł jednak sposób by się uwolnić. Na początku było w porządku. My też jesteśmy muzułmanami. Zakładaliśmy, że się zrozumiemy. Jak możesz napadać na innego muzułmanina i mówić mu jak myśleć? To ty nie jesteś prawdziwym muzułmaninem.

Alhassane ag Touhami w muzycznym uniesieniu. Fot. Roman Husarski

Abderrahmane Sissako nakręcił pasjonujący film pt. Timbuktu przedstawiający zachowania islamistów w okupowanym mieście.

Jest dobry, ale atmosfera w Timbuktu nie została dobrze oddana. To nie jest smutek. Za dużo w filmie islamistów. Nie powinno się ich promować poprzez kino. Tuaredzy mają bardzo bogatą kulturę. To wolni ludzie. My umieramy za wolność.

Jak byłem w Timbuktu, widziałem zniszczone groby sufich. Czy poezja islamskich mistyków ma wpływ na Waszą muzykę?

To coś innego. My nie dotykamy tych tematów. Interesuje nas człowiek, a nie to, w jaki sposób się modli. Żyj tak, aby inni ludzie czerpali z tego korzyść. Dziś polityka używa pojęć religijnych, sufi, shia, sunnah, by dzielić ludzi. Za tym stoją pieniądze. My jesteśmy małym ludem. Zaledwie trzy miliony. Najpierw jesteśmy Tuaregami, potem muzułmanami, chrześcijanami itp. I do tego jesteśmy laickimi muzułmanami. Nie mamy problemów.

A czy inni malijscy muzycy mieli na Was wpływ? Płyty Ali Farka Touré są dostępne, chyba na każdym targu w regionie.

My i Ali Farka Touré to ta sama generacja. On i inni malijscy muzycy są również ludźmi pustyni, więc nic dziwnego, że są podobieństwa. Nie potrafię ci jednak powiedzieć czy się inspirowaliśmy. Czytam czasem, że nasza muzyka przypomina jego, ale dla nas bardzo się różnimy! Jak blues i jazz. Łączy nas jednak cierpienie. Ludzie czasem szukają takich podobieństw, ale ja poznałem Jimi Hendrixa dopiero w 2003 roku. Nie znaliśmy też amerykańskiego bluesa, gdy tworzyliśmy naszą muzykę. Ibrahim, który nie nosi turbanu i może przypominać Hendrixa, zawsze się w taki sposób nosił.

Czy mógłbyś powiedzieć jeszcze dwa słowa, o waszym najnowszym albumie „Amadjar”?

Nagrywaliśmy tym razem na pustyni w Mauretanii. Za każdym razem zmieniamy pustynię. Wcześniej była to kalifornijska Joshua Tree. Spotykamy się z lokalnymi muzykami. Powstają ciekawe nagrania. Amadjar znaczy „zaproszenie”. Możesz zapraszać rodzinę, kuzynów, przyjaciół, ale także nieznajomych. Jesteś obcym, ale ciągle jesteś zapraszany. I nagle stajesz się częścią większej grupy. Przestajesz być „nieznajomym”. Zresztą sam wiesz, bo byłeś w Timbuktu.

Autor bloga z zespołem. Fot. Agata Husarska

Dodaj komentarz