Z EUROPY

W spektakularnym stylu!

Często powodem, dla których ludzie rezygnują z podróżowania jest brak czasu. Nawet ludzie pracujący na pełnym etacie zazwyczaj (nie wliczając hardcorów) mają troszkę wolnego czasu w okresie noworocznym. Czemu by więc nie wykorzystać tych kilka dni wolnego, na mały skok za granicę np. do Mołdawii?  Z pozoru szalony pomysł portalu podróżniczego Peron 4 wyjątkowo przypadł mi do gustu. Siląc się na szczerość – byłem też znudzony coroczną rutyną – sylwester zawsze wyglądał (i kończył się) tak samo.

Kiszyniów – stolica Mołdawii, na mapie wygląda stosunkowo blisko. Tyle, że dotarcie tam drogą lądową zajęło nam dwa dni. Z Krakowa do Przemyśla (21 zł zniżka studencka) jechaliśmy ok. pięciu godzin. Do granicy dowiózł nas busik (2 zł), a później marszrutka (25 hrywien – ok. 10zł) zabrała nas do Lwowa. Tu pojawiły się pierwsze problemy – pociąg do Czerniowców okazał się pełny. Należy dodać, że choć pomysł wyjazdu został przedstawiony przez portal podróżniczy, mowy nie było o trzymaniu się kurczowo planu (jeśli w ogóle jakiś był), wszystko pozostało w backpakerskim stylu.  W podróżach tego typu liczy się przede wszystkim spontan, i chwytanie tego co proponuje nam los – wylądowaliśmy więc w Odessie. Nocny pociąg kosztował zaledwie 95 hrywien (ok 36 zł, zniżek studenckich brak). Podróż szerszą (89 mm od Europy) i wypełnioną wesołą polską gromadką koleją, okazała się zaskakująco przyjemna. Sama Odessa… Odessa! Tak jak w filmie, urzekła mnie rozpadającymi się kamienicami i poczuciem całkowitego zapomnienia. Jedynie słynne schody, które pełnią dramatyczną rolę w klasyce Siergieja Eisensteina – okazały się zaskakująco niewielkie, co swoją drogą podkreśla magię kina.
Ostatni odcinek Odessa – Kiszyniów pokonaliśmy pociągiem (75 hrywien ok. 29 zł), w tym momencie w trójkę – ja, Natasza i Paulina. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni grupa się rozdzieliła. Całkowity koszt dojazdu do Kiszyniowa wyniósł 98zł, Mołdawia z pewnością była tego warta.

Kiszyniów. Fot. Roman Husarski

Większość osób biorących udział w szalonym sylwestrze, nie posiadała noclegu (o przepraszam, ktoś miał ze sobą namiot) i żywiła nadzieję na znalezienie czegoś (lub kogoś) na miejscu. Jakimś „dziwnym trafem” i ja należałem do tej grupy, ale miałem szczęście podróżować z dwiema dziewczynami, z którymi odbyłem warsztaty w Poczdamie kilka tygodni wcześniej. Paulina i Natasza były bodajże jedynymi osobami, którym udało się ogarnąć na sylwestra coucha. Niestety odpisał, że może przenocować jedynie dwie osoby. W pociągu pomyślałem, że i ja mógłbym spróbować w Odeskim Mcdonaldzie (którego jako hejter używam jedynie dla wifi i toalety 🙂 ). Napisałem wiadomość na grupie Kiszyniowa z prośbą o pomoc. Miałem ze sobą śpiwór, więc liczyłem, że ktoś się zlituje i znajdę miejsce na czyjejś podłodze. Niestety… Generalnie wiadomości na ostatnią chwilę rzadko się sprawdzają, ale kilka razy już mi się poszczęściło. Zawsze można spróbować.
Ostatecznie, już szykując się na najgorsze (noc na dworcu w Kiszyniowie)  stanąłem przed couchserferem dziewczyn z głupią miną... Po chwili jechaliśmy już wspólnie do jego mieszkania. Prawdę mówiąc, postawiłem Dimitrieja w niewygodnej sytuacji. Głupio zostawić kogoś na dworcu bez opcji na nocleg, prawda? Na szczęście nie wyglądał, jakby sytuacja sprawiła mu większy problem i szybko się polubiliśmy – a przynajmniej taką mam nadzieję.

Pomnik Lenina w Kiszyniowie. Fot. Paulina Bukowska

Dimitri okazał się idealnym hostem. Mówił świetnym angielskim, i już następnego dnia oprowadzał nas po Kiszyniowie.
To co mnie zaskoczyło, to duża ilość przyzwoitych samochodów. Na Ukrainie Łady widzi się co chwilę, a tu standardy były bardziej europejskie. Dopiero drogi przypomniały mi, że znalazłem się w jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Wieczorem taksówkarz jechał prawie slalomem wymijając dziury i małe pagórki, a jak podkreślił Dimitri, w niektórych miejscach na południu kraju w ogóle nie ma asfaltowych dróg. Zabawnie przedstawia się też sytuacja chodników, które z powodu braku odpowiednich służb pokryła gruba warstwa lodu. Choć się starałem, nieraz wywinąłem orła. Z drugiej strony, darmowe lodowisko też ma jakieś plusy – dla dzieci i co poniektórych.
Mimo wszystko stolica wygląda dość przyzwoicie, zapewne by mieć pełny ogląd Mołdawii należałoby odwiedzić prowincję kraju, a zwłaszcza dwa regiony autonomiczne: Gagauzję i Naddniestrze. Pomimo niezależności zagwarantowanej przez Rosję, ich niepodległość nie jest uznawana przez żadne państwo na świecie, jedynie przez podobne twory jak np. Abchazję.

Pomnik Stefana III Wielkiego. Fot. Roman Husarski

Niedaleko mieszkania naszego hosta, znajdował się mały targ.
– Niedawno w centrum otworzyli sklep z ekologiczną żywnością, ale przecież prawdziwe eko jest właśnie tutaj. I to dużo taniej! – skomentował Dimitri. I rzeczywiście, lokalne babinki sprzedawały tu konfitury, kiszone ogórki czy suszone owoce.
Do centrum mieliśmy ok. pół godziny, ale z poruszaniem nie było żadnego problemu.  Lokalne marszrutki jeździły często, bilet przeważnie kosztował 2 leje  (ok. 50 gr.) za przejazd.  Jadąc, mijaliśmy bloki mieszkaniowe, pamiętające czasy głębokiego komunizmu. Większość rzeźb i budynków też utrzymana jest w socrealistycznym stylu. Historię regionu świetnie pokazują losy pomników, sprzed głównego parku w centrum Kiszyniowa. Najpierw urzędował tu car Aleksander II, potem król Rumunii Ferdynand I, w okresie niepodległości miejsce to zajmował Stefan III Wielki, a w okresie komunizmu zastąpił go Stalin. Dziś na miejscu ponownie stoi Stefan, w polskich źródłach zwany Steczkiem, dumnie podnosząc krzyż ku niebu. Mołdawski hospodar znajduje się również na wszystkich nominałach tego kraju, które zkądinąd przypominają mi banknoty ze znanej gry planszowej Monopoly.

Podobnie jak na Ukrainie i tu, co krok widać policję. Ilość o niczym jeszcze nie świadczy, co udowodniły zamieszki w kwietniu 2009 roku.  Policja uciekła wtedy przed rozwścieczonym tłumem, który wdarł się i zdewastował parlament. W wyniku zamieszek, rządząca Komunistyczna Partia oddała władzę opozycji. W Mołdawii wszystko jest więc możliwe!
Dziwną sytuację z lokalną policją mieli też, poznani przez nas w podróży Polacy. Mundurowi zadeklarowali im darmową podwózkę na dworzec autobusowy, z czego oczywiście nasi rodacy  skorzystali. Wtedy policjanci roztoczyli przed nimi wizję pełnego niebezpieczeństw dworca  i sami zaproponowali  „uczciwego” taksówkarza. Nasi zapłacili policji 50 lejów w podzięce, po czym odjechali taksówką. Gość zawiózł ich co prawda na miejsce, ale kazał zapłacić sobie 100 lejów, przy czym średnia cena to 30.  Rodacy nie mogli salwować się ucieczką, bo drzwi zostały zablokowane od wewnątrz. Pomimo więc ładnych (zakupionych od włochów) mundurów, radzę szczególną uwagę w Mołdawii zwracać na policję.

Mołdawska policja. Fot. Roman Husarski

Sam sylwester rozpoczęliśmy z przemówieniem Putina, po czym udaliśmy się na główny plac. Dotarliśmy tuż po zakończeniu przemówienia prezydenta Mołdawii. Jak podkreślił Dimitri, za czasów komunizmu, opozycja praktycznie nie istniała. Po uzyskaniu niepodległości w dziewięćdziesiątym pierwszym, właściwie wszystkie stanowiska w nowo utworzonych partiach, zostały obsadzone przez rządzących wcześniej ludzi – do dziś nie udało się w tej kwestii wiele zmienić.
Sam pokaz fajerwerków naprawdę robił duże wrażenie, gdzieniegdzie odpalono też chińskie lampiony modne w ostatnich latach. Imprezując na placu, spotkaliśmy resztę ekipy z Peronu 4 . Okazało się, że po wizycie w kościele, znaleźli noclegu u lokalnej polskiej rodziny. Z powodu zimna szybko ruszyliśmy w poszukiwaniu imprezy. Ostatecznie wylądowaliśmy na ekskluzywnej domówce, pewnego Kanadyjczyka. W skrócie, ów gość był zauroczony lokalną dziewczyną i nie przejmował się ok. trzydziestoletnią różnicą wieku, zaprosił ją i jej znajomych na imprezę. Na nasze szczęście Dimitri był w gronie zaproszonych. Był więc kawior, francuskie wina i sery. W spokojnej atmosferze doczekaliśmy ranka. Pozostało trochę głupie uczucie niedopasowania do atmosfery „salonów”, ale nawet nie miałem stroju wieczorowego. Taki polski ziemniak.

W hipi komunie. Dimitri i ja. Fot. Paulina Bukowska

Ostatecznie zostaliśmy jeszcze dwa dni w Kiszyniowie. Z wartych odnotowania sytuacji dodam, że odwiedziliśmy lokalną hipisowską komunę i zwiedziliśmy opuszczony betonowy cyrk, któremu zresztą poświęcę kolejny wpis. By obraz Mołdawii był pełny, pozostaje mi opisać sytuację z granicy.
Wjeżdżając do Mołdawii otrzymaliśmy pieczątkę do paszportu jedynie od strony ukraińskiej. Co właściwie oznaczało, że przebywaliśmy w kraju nielegalnie. Generalnie nie zaprzątałem sobie tym głowy, ale nie byłem zaskoczony, gdy na granicy zostałem wywołany do budki kontrolnej. Przywitał mnie młody funkcjonariusz, a na komputerze pisała funkcjonariuszka.
Nareszcie przydały się moje podstawy rosyjskiego. Zacząłem tłumaczyć się, że w pociągu nikogo nie było, ale po chwili  strażnik przerwał mi.

– Nie ma pieczątki, trudno, ale problem jest inny. Wy możecie w Mołdawii przebywać jedynie 72 godziny, a ile byliście? – zdębiałem. Jakie 72 godziny? Prawdę mówiąc, nie sprawdzałem zasad dotyczących pobytu Polaków w tym kraju. Po chwili zrozumiałem, że tu chodzi jedynie o łapówkę. Postanowiłem się wykręcić, jakoś ciężko mi było po prostu sięgnąć do kieszeni po pieniądze. Sytuacja przeciągała się, a mój paszport powędrował na bok. Gdy zapytałem o ambasadę chłopak jedynie prychnął.

– Tu nie potrzeba ambasady. Po co tobie i nam problemy – oczywiście żadnego telefonu nie miałem, zresztą mój telefon nie działał.

– W takim razie co ja mogę zrobić – zapytałem zrezygnowany, a gość mi na to wprost:

– Dasz noworoczny prezent tej pięknej pani i po sprawie.

– A dobra, proszę – w tym momencie trochę już rozbawiony, sięgnąłem do portfela. Pięć dolarów wydało mi się trochę za dużą łapówką (a jak się podzielą?) więc dałem im cztery. Uśmiech zagościł na twarzach funkcjonariuszy. Rozległ się stukot wbijanej w paszport pieczątki. Drugi raz w życiu na granicy wręczyłem łapówkę. Pierwsza była na kambodżańskiej granicy, ale tam urzędnicy poprosili o pieniądze na „dodatkową papierkową robotę”; w Mołdawii wszystko było wprost.
Po chwili strażnicy graniczni poprosili do budki moją koleżankę. Widziałem, że odbywa się tam ten sam cyrk, tyle że Natasza nie uczyła się rosyjskiego. Zawołano mnie na pomoc.

– Roman, wytłumacz tej pani czego nie rozumie – poprosiła funkcjonariuszka. Wtedy powiedziałem, że podróżujemy razem, jesteśmy tylko studentami i nie mamy pieniędzy. Ponownie rozległ się charakterystyczny stukot i byliśmy wolni. Chyba najśmieszniejsza wydaje mi się relacja Nataszy na temat jej rozmowy z skorumpowanym strażnikiem.

– Natasza ty ponimajesz?

– Ja panimaju.

– Niet, ty nie panimajesz. Roman panimajet!

Takie zagrywki jak z 72 godzinami na mołdawskiej granicy to norma. Dimitri dodał, że przedstawiciele władzy zawsze znajdą pretekst do wyciągania pieniędzy od ludzi wokół. Raz doczepili się do niego tylko dlatego, że nie miał ze sobą książeczki wojskowej. Pamiętam, że spotkany w autobusie Polak skrytykował moje podejście do sytuacji, według niego powinienem iść w zaparte, krzyczeć i grozić ambasadą. Może miał rację, ale takie metody to chyba dla mnie gra nie warta świeczki, 12 zł to nie za duża kwota. Co ciekawe w Kambodży łapówka wynosiła podobną kwotę.
Taki to był sylwester pełen przygód. W iście spektakularnym stylu!

W opuszczonym cyrku.
Od lewej: Dimitri, Ja, Paulina i Natasza. Fot. Paulina Bukowska

ps. Być może ktoś czytając ten tekst, pomyślał: Czy jest coś z czym mi się kojarzy Mołdawia?
Poniżej mała podpowiedź.

2 myśli na temat “W spektakularnym stylu!”

  1. Wycieczka pełna niespodzianek i historii, nie moge uwierzyć że to były tylko 3 dni przepełnione maksymalnie wrażeniami. Za rok trzeba powtórzyć. „Taki polski ziemniak” <3 Mołdawskie salony m/

Dodaj komentarz