...AUTOSTOP... Birma Tajlandia

Phu Nam Ron/Htee Kee – ostatnia taka granica w Azji

“Kusiło mnie, żeby zobaczyć, co jest dalej, po drugiej stronie. Zastanawiałem się, co się przeżywa, przechodząc granicę. Co się czuje? Co myśli? Musi to być moment wielkiej emocji, poruszenia, napięcia. Po tamtej stronie – jak jest?”

Ryszard Kapuściński, „Podróże z Herodotem”

Już pierwszy raz podróżując po Birmie w 2011 roku marzyłem o wjechaniu do tego kraju droga lądową. W tamtym okresie nie było na to wielkich szans. Zdarzało się, że birmański rząd podawał informację o otwarciu granicy, po czym po kilku dniach ją zamykał. Większość granic była dla turystów na stałe zaryglowana na trzy spusty, a jedynie na niektórych można było uzyskać jednodniową lub trzydniową wizę, bez możliwości podróży w głąb Birmy. Chaos informacyjny doprowadził do tego, ze wiele osób mając nadzieję na wjazd spotykało się z odmową – spotkało to zresztą mojego znajomego birmanistę Michała Lubinę.

Na fali politycznej odwilży doszło jednak do znacznych zmian zarówno w podejściu do turystyki, jak i administracji regionalnej. Poprawa nie byłaby możliwa bez zawieszenia broni pomiędzy rządem centralnym a licznymi grupami partyzanckimi, z których niektóre m.in. związane z mniejszością etniczną Karenów, wyjątkowo aktywne były zwłaszcza na pograniczu z Tajlandią.

W 2013 roku otwarto na stałe pierwsze przejście graniczne w Mae Sot. Obecnie dla turystów udostępnione są cztery przejścia graniczne. Jak do tej pory tylko z Tajlandią, choć w planach jest otwarcie granic z kolejnymi krajami. Czynnikami wstrzymującymi proces są  m.in. wciąż aktualny konflikt z mniejszością Kachinów na północy i medialna kwestia muzułmańskich Rohingya, których większość zamieszkuje pogranicze z Bangladeszem.

Ponieważ wraz z towarzyszem mojej wyprawy Patrykiem Tomalą przebywaliśmy w Kanchanaburi zdecydowaliśmy się na wjechanie do Birmy przez Phu Nam Ron. Jest to najrzadziej przekraczana granica z Tajlandią, więc szykowaliśmy się na przygody. Nie zawiedliśmy się.

Do granic dotarliśmy autobusem z Kanchanaburi. Ostatnie pół godziny jechaliśmy sami z kierowcą. Liczne kręte drogi i zagęszczająca się dżungla podpowiadały nam, że zbliżamy się do przejścia granicznego. Sam punkt znajduje się na szczycie wzniesienia w okolicy kilku małych sklepików i świątyni buddyjskiej. Wiedzieliśmy, że po drugiej stronie nie było komunikacji publicznej. Do Dawei pozostawała nam taksówka (30 000 kyatów, czyli ok 30 $) lub autostop. Postanowiliśmy spróbować naszego szczęścia.

Przedsiębiorczy Tajowie oczywiście proponowali własny transport za 800 bhatów (ok 20$), ale grzecznie odmówiliśmy. Pomiędzy Tajlandią a Birmą znajduje się pas ziemi niczyjej ok. 6 km. Można go przejechać z moto taxi, ale my zdecydowaliśmy się być konsekwentni. Problemem okazał się brak samochodów przekraczających granicę. Maszerowało się jednak przyjemnie, więc nie narzekaliśmy. Z doświadczenia czułem, że kierowcy nielicznych pojazdów, którzy zdecydują się na przejazd tak pustą trasą, zlitują się widząc dwóch białasów w przysłowiowym in the middle of nowhere. Nie inaczej było i tym razem.

Na pace przeładowanej toyoty hilux dojechaliśmy pod lokalny posterunek. Próbowaliśmy się do niego dostać, ale okazało się to niemożliwe. Od dołu błoto, od góry skały – nie mam pojęcia jak funkcjonariusze, nota bene nieumundurowani, dostali się do środka. Ich gestykulacja przekonała nas jednak, że to nie jest właściwy punkt graniczny. Nasz znajdował się kolejne 2 km dalej.

W urzędniczej budce znajdował się cały tłum mężczyzn. Żaden nie miał munduru, obstawiliśmy więc, że te tereny zarządzane były przez którąś z birmańskich mniejszości. Mężczyzna ubrany w sprane longyi i głośno żujący betel kazał nam się wpisać do wielkiej księgi. W tym dniu byliśmy jedynymi Europejczykami przekraczającymi granicę.

Po dokonaniu formalności, ponownie spróbowaliśmy autostopu. Każdy z nielicznych kierowców miał swoją cenę. Ostatecznie to Birma, a my znajdowaliśmy się na końcu świata. W końcu dobiliśmy targu i ruszyliśmy „pomarańczową” drogą w stronę Dawei.

Pomijając fakt, że po drodze doładowaliśmy się bananami i dodatkowymi pasażerami to nasz kierowca nie miał pojęcia o prowadzeniu samochodu. Nie umiał wyłączyć odtwarzacza CD, znak na akumulator mu się niebezpiecznie świecił, wjeżdżając w błoto ostro dodawał gazu i co najdziwniejsze, jadąc pod górę nagle zmieniał biegi. Taka praktyka musiała doprowadzić do katastrofy. Przy wysoce ostrym wzniesieniu samochód nie wytrzymał i zaczął zsuwać się w dół.

Co zrobili Birmańczycy? Podstawili pod koło wielki kamień. Niestety samochód zamiast ruszyć do przodu wyskoczył osią na przystawiony głaz. Po chwili koło swobodnie cięło powietrze. Serce podeszło mi do gardła – byliśmy uziemieni w środku dżungli. Cudem jeden z pasażerów nie uszkodził osi wybijając z zamachu feralną przeszkodę innym kamieniem. Samochód pojechał w dół, a nam pozostała wędrówka przez dżunglę na szczyt wzniesienia. Birmańczycy śmiali się z nas, gdy proponowaliśmy im pomoc w noszeniu rzeczy wyjętych wcześniej z samochodu. Na całą zabawę straciliśmy ok 2 godziny.

Podobna sytuacja powtórzyła się raz jeszcze. Birmańczycy ponownie przystawili kamień… Cudem dojechaliśmy ostatecznie do Dawei, mając za sobą ponad 8 godzin podróży po krętej, ziemistej drodze przez dżungle. Mijane po drodze stanowiska koparek przypominały nam jednak o tym, że Birma na dobre chce pożegnać się z izolacjonizmem, a zmiany nadejdą zapewne szybciej niż byśmy się spodziewali.

Dodaj komentarz